niedziela, 7 grudnia 2008

równość szans

W przeddzień przybycia prawdziwego Mikołaja, Babcia J. postanowiła przygotować stosowną dekorację, która w założeniu miała wnieść nieco świątecznego klimatu do naszego skromnego domostwa. I, oczywiście, żeby wnusio miał uciechę.
Czekoladowe figurki w błyszczących papierkach zwabiły P., który w ułamku sekundy zniweczył trud Babci wyrywając najokazalszego mikołaja dokładnie ze środka kunsztownej kompozycji. Przez moment oglądał zdobycz obracając ją w małych łapkach.
 - O, Mikołaj! – stwierdził, po czym zaczął metodycznie odzierać figurkę z pozłotki.
Po chwili zamarł nad obnażonym do połowy mikołajem i wpatrując się w czekoladową postać wyszeptał:
 - Murzynek?

wtorek, 4 listopada 2008

master of puppets

Wieczorna kąpiel działa na P. wyjątkowo ożywczo. Choćby wchodził do wanny na ostatnich nogach, umęczony długim dniem, wychodzi rześki niczym młody bóg. I to bóg żądny ofiary w postaci porcji wrażeń przed zaśnięciem.
W tej sytuacji  głuche odgłosy i okrzyki, dochodzące z sypialni o godzinie 22:00, oznaczały, że wieczór toczy się zwykłym trybem - P. uskuteczniał z Babcią J. codzienną porcję koziołków z przerzutką przez lewe ramię.
Wieczorna idylla została przerwana przez głośne BUM - TRACH!, po którym równocześnie zabrzmiały pisk Babci i zdecydowanie głośniejsza syrena P.
Najlepsza z matek przerwała przygotowanie porcji napojów nocnych, w znakomitym czasie 0.8 sekundy pokonała dystans pomiędzy kuchnią a sypialnią i znalazła się przy zawodzącym w niebogłosy synu.
 - Moje kochane maleństwo! Babcia nie chciała! Widzisz, już jesteś za duży, za ciężki...babcia nie chciała... - Babcia J. rozpaczliwie tuliła wierzgającego na wszystkie strony wnuka starając się w kilku słowach oddać grozę tragedii sprzed kilku chwil. Otóż przy kolejnej przerzutce P przeważył w niewłaściwą stronę, wymknął się z babcinych rąk i z impetem wylądował na węzgłowiu wiekowego tapczanu (lite drewno - tapczan po prababci A.).
Jakieś pół godziny później, P. już wyszlochany i utulony leżał  w ciemnościach na rzeczonym tapczanie u boku najlepszej z matek.
 - Babcia nie chciała zrobić Piothrusiowi au  - stwierdził w pewnej chwili.

- Oczywiście kochanie! Babcia nie chciała zarobić au... Bawiliście się i zdarzył się wypadek.
 - Babcia nie chciała zrobić au! - powtórzył P. z naciskiem nie przerywając zabawy moją dłonią.

 - Nie chciała synku. Babcia Cię bardzo kocha.
 - Mama nie chciała zrobić Piothrusiowi au? - P. nagle znieruchomiał, zanim zadał pytanie.
Matka zastygła. - Synku, a kiedy mama zrobiła au?  Kiedy mama zrobiła au? 
 - Mama nie chciała zrobić  au - powtórzył P. dziwnie zadowolonym tonem. Po czym odwrócił się tyłem i po chwili smacznie zasnął zostawiając nie rozstrzygniętą kwestię: co, gdzie i kiedy? J a k i e  a u ? O czym mowa?!



czwartek, 24 kwietnia 2008

P jak pietruszka

Znowu miało być o czym innym, ale dwie obciachowe notki pod rząd to lekka przesada.
Dlatego będzie o P.

Mój znakomity syn /1rok, 10 miesięcy, 1 tydzień i 3 dni - posiłkuję się sklerozynką, o własnych siłach już bym tego w tym wieku nie spamiętała/ poczynił ostatnio znakomite postępy w zagnieżdżaniu się w zastanej rzeczywistości. Przykłady, dowody? Proszę bardzo! 

   I. P. zaczął mówić; tak normalnie jak dziecko, nie jak niemowlę. Można z nim swobodnie omawiać proste sprawy życia codziennego, a także porozmawiać na kilka tematów mniej przyziemnych. Oczywiście, delikaty postęp był przez cały czas, ale w marcu nastąpił wybuch, który w kwietniu przeszedł w wielki wybuch.
   => 6 marca wypowiedział pierwsze* zdanie złożone i nie zarzucił na kilka tygodni, jak to ma w zwyczaju, nowonabytej umiejętności, tylko tworzy codziennie misterne konstrukcje zdaniowe. I kombinuj matko, o co mu chodzi?!
   => obecnie używa przymiotników na tony i wie, które są synonimami.
   => potrafi nazwać nastroje i emocje – informuje, że jest smutny, wesoły, ma dobry humor, albo że czuje się nieszczególnie.
   => proszony i nieproszony klepie wierszyki, nawet wieolzwrotkowe.
   => lubi opowiadać treść przeczytanych książeczek – jednak głównie cytatami z tekstu…
Pękam z dumy. Żeby całkiem nie rozejść się w szwach dodam, że P. nie wymawia „rrr..” . Nadal też rzadko używa pierwszej osoby. „Jesteś smutny” mówi do siebie patrząć melancholijnie przez okno. A mnie przechodzi lekki dreszcz… 
  
 II. P. zaczął zasypiać na leżąco. Boże mój, co za postęp! Było tak: P., od urodzenia do ósmego miesiąca życia, zasypiał spokojnie leżąc w łóżeczku. Wymagał jedynie, aby troszkę przy nim posiedzieć, ewentualnie pogładzić po buzi. Ta sielanka została przerwana moim kilkudniowym wyjazdem służbowym. P. został pod opieką Babci Jedynej, starannie poinstruowanej w tym zakresie . Kiedy wróciłam, P. był w stanie usnąć jedynie w wyniku blisko godzinnego noszenia, połączonego z kołysaniem graniczącym z lekkimi podrzutami.
 - Nie mógł zasnąć beze mnie? – spytałam.
 - Nie, skąd! Zasypiał cichutko, z uśmiechem jak anioł!
 - To dlaczego go nosiłaś?
 - Bo wszystkie dzieci są kołysane – warknęła babcia.
 - Mamo, prosiłam, żebyś go nie nosiła! – w wyniku zastosowanych przez babcię procedur, proces zasypiania wydłużył się o jakieś 40 minut. Niezwyczajny bujania P. nie mógł zasnąć, ale też nie pozwalał się odłożyć na swoje miejsce. - A co będzie, gdy przytyje kilka kilogramów?
 - To będzie twój problem – Babcia jedyna uznała za stosowne zakończyć rozmowę.
Następne 14 miesięcy pokazało, że sprzedanie mi problemu na wyłączność nie wchodzi w rachubę. Jednak czasem los się litował i wysyłano mnie służbowo na kilka dni w Polskę. tak więc kołysałyśmy z Babcią Jedyną na zmianę, aż nagle, tydzień przed Wielkanocą…
 - Chcesz na tapczan!
Położyliśmy się oboje na moim łóżku. – Kotki dwa! – zarządził P. Po odśpiewaniu dwoch zwrotek, machnął łapką każąc mi zamilknąć /w przeciwieństwie do mnie, P. jest chyba muzykalny i nie zawsze jest w stanie wytrwać do końca wykonywanego przeze mnie utworu/. I  po prostu zasnął.

Wspólne zasypianie ma pewne zalety. P. lubi zamienić przed snem kilka zdań na różne tematy. Ostatnio zwierzył mi się z gnębiącego go widać problemu. W ciemnościach, w zupełnej ciszy, kiedy już miałam wstać z posłania, rozległ się nagle pełen napięcia szept:
 - Czy misie kochają Piotjusia ?!
Oczywiście, że kochają!!! Niech no któryś spróbuje nie kochać!!!

O czym niniejszą publikacją powiadamia wszystkie misie

Wasza neinei

P.S. Zauważyłam, że w tym sezonie na blogach przeważają zdjęcia dzieci w kapeluszach. Czapki są passé? Jako weteranka wycieczek do sklepów z odzieżą dziecięcą mogę autorytatywnie stwierdzić, że handel po raz kolejny nie wstrzelił się z ofertą w potrzeby konsumentów. Zdobycie sensownego kapelusza w odpowiednio, hmm…, dużym rozmiarze naprawdę graniczy z cudem. Zwłaszcza, jeśli przeznacza się na poszukiwania 42 minuty / uważnie odmierzane stoperem przez B.J./. Ale jest!

W załączeniu, obowiązkowe w tym sezonie, zdjęcie dziecka w kapeluszu.


* Odbyło się to w następujących okolicznościach: P. wraz z Babcią J. byli sami w domu i oddawali się właśnie ulubionym zajęciom - tzn. P. bawił się, a Babcia zapewne rozwiązywał krzyżówkę. W pewnej chwili P. odstąpił od zabawek i oświadczył: Idę do okna, zobaczyć, co się dzieje na ulicy. Babcia z wrażenia rozsypała się na kawałki.
Przyznam, że ja też, kiedy po powrocie do domu usłyszałam od oszołomionej Babci, co właśnie mnie ominęło.


wtorek, 22 kwietnia 2008

Bal w operze

Niedługo inni będą pisać o majówkach. A u nas jeszcze Wielkanoc nie rozliczona.
Miałam dziś pojechać przekrojowo po ostatnich tygodniach. Ale będzie o czymś zupełnie innym.
Oto, co wydarzyło się wczoraj:


Tytułem wstępu.
Odkąd nie jestem z nikim związana
[
będzie trochę ponad rok], bywam w teatrze częściej, niż kiedykolwiek. Może nie miałam szczęścia, ale z doświadczenia mi wychodzi, że żona-czy -kochanka prędzej, niż później, ląduje przy garach i na kanapie. A teraz? Mam kolegę, który ma dojście do biletów wartych swojej ceny, dzięki czemu mniej więcej co dwa tygodnie mam kontakt  z  żywym aktorem. Kolega jest dobrym kolegą i załatwi bilety każdemu, kto poprosi. Zatem zwykle wybieramy się większą grupą – pary i single - jak wyjdzie. Po spektaklu ruszamy w miasto. Kolacyjka, drinki, 2 – 3 godziny rozmowy z miłymi ludźmi. Charme. Kultura. Europa. No.
Trwa to już blisko pół roku. Tak, tak długo doświadczam regularnie tyle dobrego! Przez ten czas bawiliśmy się na angielskich farsach w Teatrze P., a jak nam się chciało poprzeżywać, a potem podyskutować, uderzaliśmy do Teatru im.WIELKIEGO AKTORA, gdzie dają poważniejszy repertuar. Dobrze się działo. Tyle, że wraz ze wzrostem konsumpcji rosną aspiracje. Pewnego dnia zapragnęliśmy sztuki przez duże „S”. I tak oto wczoraj  udaliśmy się do WIELKIEGO TEATRU na Aidę.


Prolog.
Trafiliśmy niechcący na galę. Zaczęło się od rozdania nagród dwojgu lokalnym – na obszar województwa - Brlantom sceny. Dziewczynka i chłopiec. Ona śpiewa, on ponoć niekoniecznie - oboje zeszłoroczni debiutanci.  Były przemowy, kwiaty i owacje. Gdy laureaci już opuszczali scenę, prowadzący przytrzymał ich za rękaw i zapytał uprzemie:
 - Czy chcielibyście coś powiedzieć?
 - Nie! – odpowiedziała dziewczynka.
 - [nie] – powiedział nie do mikrofonu chłopiec nieśpiewający.
Ogłuszające brawa na widowni. Szczerość w cenie?
A potem cięcie. Podniosła się kurtyna i się zaczęło.

Akt I.
No dobrze. Nie wiedziałam na co się porywam. Tak. Tak właśnie. Musiał nastać XXI wiek, żebym zaliczyła ten pierwszy raz [Kultura... Europa...] . Może źle trafiłam. Może z operą to jak z tym fryzjerem dziecięcym – trzeba się przygotować, nie wchodzi się od tak, z ulicy. Zaczęło się od tego, że na scenę wyszedł główny amant  przebrany za śp. Hansa Christiana Andersena (długie paletko, cylinder, laska). Chwilę później dołączył do niego pan ubrany w bonżurkę. Kiedy w najlepsze wznosili swoje trele, dopadła do nich córka faraona w sukni XIX wiecznej paryskiej kokoty. Ok. Kwestia konwencji. Tak sobie reżyser umyślił. Już się nie zdziwiłam, gdy do monotonnie zawodzącej po włosku  trójki blond Egipcjan dołączył z prawej chór mameluków, a z lewej chór huzarów… Na to wszystko wniesiono w lektyce klasycznie przyodzianego faraona. OK, nadal chwytam. Gdyby istniał, XIX-wieczny  faraon mógłby być tradycjonalistą w kwestiach stroju. A potem cięcie, kurtyna, zmiana dekoracji. I już do końca po scenie pląsali półnadzy Egipcjanie w spódniczkach, tunikach i  czarnych perukach. Korzystając z okazji proszę reżysera o wytłumaczenie, dlaczego tak? Bo mi przychodzą na myśl tylko niesympatyczne wyjaśnienia.
Jeszcze na etapie solówki H.Ch. Andersena zaczęłam chichotać. W porównaniu z przeciętnymi, moje uzdolnienia muzyczne wyrażają się w wartościach ujemnych. Ba, wśród niemuzykalnych zajmuję pierwsze miejsce we wszechświatowym rankingu – wyprzedza mnie tylko Babcia Jedyna. Mój dotychczasowy kontakt z operą to ściszany pilotem B. Kaczyński i koncerty trzech tenorów w telewizji. A tu śpiewają i śpiewają. A ja nie jestem w stanie nawet  z grubsza ocenić poziomu przedstawienia. Nie mówiąc o znalezieniu jakiejkolwiek przyjemności w słuchaniu niekończących się włoskich arii. Coraz boleśniej docierało do mnie, że dzieło zawiera się w czterech aktach. Coraz trudniej było mi opanować chichot. Zaczęłam nieśmiało zerkać na kolegę, bojąc się wpadki. W końcu to światowy człowiek, zna pięć języków z czego trzy biegle, bywały, oczytany, kulturalny w każdym calu. Po kilku minutach wyluzowałam – ilekroć na niego spoglądałam, właśnie rozpoczynał albo kończył szerokie ziewnięcie. W końcu nasze spojrzenia się spotkały i pozostało już tylko uważać, żeby wspólny rechot nie zagłuszał orkiestry.
Ledwie opadła kurtyna, kolega energicznie podniósł się z krzesła i oświadczył:
 - Wychodzę. I to jest ostatnia szansa na uratowanie tego wieczoru.
Szczerze mówiąć, byłam gotowa odsiedzieć jeszcze jeden akt, żeby móc z czystym sumieniem stwierdzić, że tak, na pewno,  to nie dla mnie. I że nigdy więcej. Z drugiej strony nie uśmiechało mi się zostać samej w teatrze. Wybrałam więc towarzystwo kolegi i szybki sprint do szatni odbyliśmy odprowadzani zdziwionymi spojrzeniami bileterów.

Epilog.
 - Boże, co mnie podkusiło? - kolega na zmianę śmiał się i zawodził, kiedy siedzieliśmy już w taksówce.
Stało się. Musieliśmy spróbować, żeby się dowiedzieć. Teraz już do końca życia mamy spokój.
Późnym wieczorem przeczytałam libretta kilku najbardziej znanych oper [Wikipedia zawsze uprzejmie ostrzega, że w treści opisano zakończenie utworu]. I to musi wystarczyć.
Do końca życia. 

A dzisiaj kupiłam bilety na premierę. Najwyższy czas się zrewanżować i zaprosić kolegę, który zawsze mnie zaprasza. Pójdziemy do kina. Na IV część Indiany Jonesa.

czwartek, 13 marca 2008

lasy strefy umiarkowanej cz.II

Zgodna rodzina, którą nie jesteśmy spędza weekendy na wspólnych spacerach.
Nie jesteśmy, ale czasem się staramy. Ojciec P. zawiózł nas w niedzielę do lasu.  P. oszołomiony wrażeniami i nadmiarem nie-miejskiego powietrza po godzinie wędrówki przeszedł w stan agresywnego zmęczenia. Straszne jest życie prawie-że dwulatka.
 - Na nóóóóżżkiiii…!!! – zawodził P. szlochając. Ale małe nóżki odmawiały posłuszeństwa. Kolanka same się uginały. Postawiony na twardym gruncie P. natychmiast się przewracał. Ale przecież chcieć, to móc – więc z rąk się wyrywał, w wózku też nie sposób było go umieścić.
I tak maszerowaliśmy przez las płosząc zwierzynę.

Ale zanim nastąpiła eksplozja P. dowiedział się, że skóra drzewa nazywa się kora. Teraz z lubością przypomina sobie to słowo kilka razy dziennie.

Żyłka dendrologa wymusiła dłuższy postój już przy pierwszym napotkanym drzewie.

Las poniekąd wyszedł nam na przeciw  – przy ścieszce do lasu rósł mech. P.postanowił przesadzić go o kilka metrów.

Zawracanie mchu do lasu to ciężka praca.

Po wykonaniu wyżej zobrazowanego zadania, P. włączył syrenę i już nie robiliśmy zdjęć.



 

wtorek, 11 marca 2008

lasy strefy umiarkowanej

Chodzę na rozmowy w sprawie pracy średnio dwa razy w miesiącu.
Gdyby ktoś chciał wiedzieć, to nadal nic poważnego z tego nie wyniknęło.
Motywację do działania w obecnej pracy odnajduję jedynie w liście Forbes’a - szef wszystkich szefów nadal trzyma się mocno w ogonie pierwszej dziesiątki. Czyli jednak to, co robię ma jakieś przełożenie na rzeczywistość.

Za to weekendy spędzam pożytecznie (z punktu widzenia P.). W ładne dni jeździmy do lasu.
A jeśli pada, to do palmiarni. I też jest ładnie.*


P. jest wielkim miłośnikiem flory (fauny też, gdyby się kto pytał)

O swoich zainteresowaniach lubi opowiadać….

Niekiedy dzieli się wiedzą z szerszą publicznością…

Storczyki przezornie zasadzono za barierką, w odległości trzykrotnie większej od zasięgu ramion P.

P. nie poddaje się łatwo. Tropi wytrwale, aż znajdzie coś dla siebie…

Może niezbyt okazały, ale też ładnie pachnie…

Po bitych 3 godzinach kontaktu z przyrodą, P. oddala się w kierunku obiadu…

I to tyle.     
W następnym odcinku będzie o lasach iglastych.


_________________________________________________________________________
* Zainteresowanych zagospodarowaniem deszczowego przedpołudnia dziecku w wieku 20 miesięcy informuję, że potrzebne będą:
- deszczowe przedpołudnie,
- palmiarnia w mieście zamieszkania (inaczej dziecko zaśnie już podczas drogi do),
- przeciwdeszczowa odzież wierzchnia (chyba, że ktoś opanował bieg podczas wichury z otwartym parasolem i wyrywającym się  dzieckiem na ręku),
- nieprzyjmująca plam odzież spodnia,
- wygodne buty umożliwiające rozwijanie prędkości większej, niż tempo szarżującej pociechy,
- napój w butelce,
- zapasy umożliwiające uzupełnianie butelki,
- ulubiona przekąska,
- inna ulubiona przekąska (niezbędna, gdy pierwszą zostaną poczęstowane rybki/żółwiki),
- jeszcze jedna przekąska (gdy okaże się, że gust kulinarny uległ zmianie w ciągu ostatnich 24 h).
po powrocie do domu przyda się:
- maść dla sportowców na obolałe mięśnie i stawy
- coś mocniejszego niż maść.

Ale warto.
Naprawdę polecam.

poniedziałek, 11 lutego 2008

raz w roku

W piątek, wyniku wizyty u fryzjera P. znacznie stracił na urodzie, choć w założeniu miał zyskać.
Gdyż w sobotę miał udzielać się towarzysko w szerszym gronie.
Matka P. postanowiła uczcić połowę mijającej kolejnej dekady życia i postanowiła zafundować sobie przyjęcie urodzinowe.

Nasz dom, choć gościnny, nie jest przesadnie imprezowy. Taktyka podtrzymywania stosunków towarzyskich i rodzinnych w wykonaniu Babci Jedynej polega na podejmowaniu gości pojedynczo, ewnentualnie w parach. Troje, według Babci, to już tłum.
Sobotnią imprezę, w ocenie gości i gospodyni, należy zaliczyć do udanych. Natomiast w ocenie P. było to oszałamiające wydarzenie, godne jak najszybszego powtórzenia.  Najpewniej dlatego, że drugie takie w jego życiu, przy czym pierwszej imprezy zdaje się nie pamiętać…
Pierwsze zdanie, które obecnie wygłasza  P. po przebudzeniu brzmi: „Bendom goście?!”

piątek, 8 lutego 2008

krótkie cięcie

Weekend rozpoczęliśmy w piątkowe popołudnie mocnym uderzeniem. Wizyta u fryzjera. Jako biograf P. muszę odnotować, że to już czwarta w jego dwudziestomiesięcznym życiu. I była to już wizyta naprawdę konieczna, bo P. zarasta w tempie oszałamiającym.

Epizod I.
Już na wstępie rzuciłam losowi wyzwanie decydując sie na fryzjera, u którego zaliczyliśmy ostatnie podstrzyżyny. Na szczęście nas nie pamiętano. No to teraz się przypomnieliśmy i już raczej o nas nie zapomną.
P. włączył syrenę już w progu. Onieśmielona reakcją klienta młoda fryzjerka zgodziła się „spróbować zacząć”, jak tylko skończy czesać zajmującą fotel klientkę. Ja obiecałam, że zrobię wszystko, aby syn spróbował wreszcie zakończyć wstępną histerię.  Tu mała dygresja: P. panicznie boi się szumu suszarki do włosów. Jeśli decyduję się umyć włosy w domu, mogę je wysuszyć w najdalszym zakamarku apartamentu babci J., pod warunkiem, że P. śpi. W innym wypadku P. uderza w rozpaczliwy lament i babcia ,w ramach prób ukojenia, musi  przekonywać, że suszarka mnie nie atakuje, robię to z własnej woli z uśmiechem na ustach, a cała sytuacja nie stanowi bezpośredniego zagrożenia dla mojego życia.  W tym stanie rzeczy liczyłam, że zakończenie modelowania na szczotkę samo w sobie uspokoi zszargane nerwy P. i będzie można rozpocząć obróbkę jego włosków w atmosferze względnego spokoju. Nic bardziej mylnego. Pod wpływem stresu u P. nastąpiły jakieś tajemnicze przepięcia i chwilowe wyłączenia szumów wywoływały efekt przeciwny – wycie tak przybierało na sile, że oczekujące w kolejce klientki zaczęły jak na komendę opróżniać torebki [naprawdę!] wręczając małemu długopisy,  klamerki i pędzelki, a nawet naklejki ze zwierzątkami. P. odpowiadał rozdzierającym „Niieee! Nie!” przerywanym bardzo przytomnym „Dzikuje!”, ale do łapki nic nie wziął. Żeby nie było, ja też nie próżnowałam, obchodziłam z nim cały salon, zwracając uwagę na każdy nadający sie do odwrócenia uwagi element. Nieomylny instynkt matki zaprowadził mnie w końcu do umywalek, gdzie okazało się, że syn pozytywnie reaguje na zjawisko wody wypływającej z kranu. I tak przez pół godziny. Aż doczekaliśmy na swoją kolej.
A potem wypadki potoczyły się błyskawicznie. Po pierwszym cięciu, siedzący na moich kolanach, P. wygiął się w łuk i rozdarł tak przeokropnie, że zadzwoniły szyby i popękały lustra. Nie dam rady szepnęła młoda fryzjerka [odczytałam to z ruchu jej warg, P. zagłuszał wszystko]. Rozumiejąc powagę sytuacji, wstałam z fotela i wtedy zobaczyłam, że wokół zebrał się spory tłumek gapiów złożony z kosmetyczek, panienek z solarium i ich klientek. Szybko ubrałam dziecko i przedarłam się do wyjścia przez komentujące zajście zgromadzenie. Pewnie byliśmy już daleko, gdy dotarło do nich, że nie wystawiono nam rachunku za wodę.

Epizod II.
Nie będę ukrywać, że przeszkody wzmocniły tylko moją determinację. Dlatego zamiast wrócić do domu, skierowaliśmy kroki do innego, dość odległego ”salonu”. Tzn. ja skierowałam, a wyczerpany P. złożył bezwładnie swoje 12 kg na moim ramieniu. Dlatego, kiedy w połowie drogi wypatrzyłam napis „damsko-męski”, wstąpiłam do nieznanego zakładu bez chwili wahania. W ogromnym lokalu, nie było klientów, a  czas zatrzymał się chyba w końcu lat 60-tych ubiegłego wieku. Wtedy też po raz ostatni wymieniono personel i zapewne wtedy  opuścił lokal ostatni klient. Leciwa fryzjerka, niezrażona opuchniętą od płaczu buzią P., a zachęcona wizją zarobku, z marszu zgodziła się wykonać zadanie.  Wyciągnęła krótką deskę i umieściła ją na poręczach najbliższego fotela.
 - Proszsz.. Pani sadza dziecko.
Pani jednak już wyobrażała sobie, jak usadowiony na prowizorycznej ławeczce P. wygina się w łuk, oddaje długi skok, po którym następuje lądowanie z hukiem i wrzaskiem oraz potencjalnymi obrażeniami …
 - A może syn usiądzie na moich kolanach? On jest chyba za mały, żeby sam tak wysoko siedział?
 - Proszę panią, ale ja muszę mieć dostęp! Jakieś warunki do pracy!
Ostatecznie P. zasiadł na moich kolanach, przywarł kurczowo do mnie całym ciałem i włączył syrenę. A fryzjerka przystąpiła do cięcia. Nerwy zaczęły jej puszczać na etapie grzywki, przy drugim boku już wyraźnie spanikowała. Poddała się przed ukończeniem tyłu.
 - Pani przyjdzie na poprawkę jutro, jak dziecko trochę ochłonie – powiedziała ocierając pot z czoła.
 - Dzikuje! Do domku! Dzikuje! – P. zrozumiał, że to już koniec udręki i w jednej sekundzie wyłączył syrenę i przeszedł na tryb zwykły.
 - Proszę panią – druga fryzjerka podniosła głowę znad gazety – to dziecko nie nadaje sie do strzyżenia. Dziecko trzeba oswajać powoli, przygotować do wizyty, a nie, że przyjść z ulicy i już!
Na nic moje wyjaśnienia, że u fryzjera odwiedzamy co dwa miesiące i wprawdzie zawsze jest trudno, ale jeszcze nigdy nie było AŻ TAK. Po prawdzie, za pierwszym razem wszystko odbyło sie spokojnie. Za drugim P. uciekł przed końcem zabiegu, ale dzielny fryzjer dogonił go i namówił do powrotu na fotel. Podczas trzecich podstrzyżyn  P. wytrzymał 40 sekund zanim włączył alarm, a potem już tylko systematycznie podkręcał głośność. Czy kobiecie, której trzęsły się ręce i drżała dolna warga mogłam wypomnieć, że dziecko z każdego boku ma włosy obcięte inaczej? Że grzywka, a raczej jej brak,  zaczyna się i kończy na linii włosów? Że nie wsponę o tyle, którego raczej nie przyjdziemy poprawić…
W ramach rekompensaty pani fryzjerka policzyła sobie jak za balejaż z pięciu kolorów i puściła nas wolno.


 - Mój łysolek! – zakwiliła w progu Babcia Jedyna na widok powracającego wnuczka.
 - Dzikuje! Chlip, chlip… Dzikuje! – mimo utulania przez całą drogę powrotną  i omawiania czekających w domu atrakcji P. najwyraźniej jeszcze nie doszedł do siebie.
 - A dlaczego masz takie zapuchnięte oczka? Płakałeś wnusiu? Dlaczego płakałeś? Coś cię bolało?
 - Bolało…- P. z przekonaniem kiwa głową.
 - Ale co bolało?! -  Babcia przenosi wzrok na wyrodną matkę i przypala jej rzęsy ogniem spojrzenia.
 - Bolało… Bolało… - P. zamaszystym ruchem rozsypuje kredki, aby przelać niedawną traumę na papier.
 - Ale, kochanie, – Babcia nie daje za wygraną – co cię zabolało u fryzjera?
Po dłuższej chwili, nie podnosząc głowy znad rysunku, P. zdołał  wydusić z siebie odpowiedź:
 - Paluszek…

    …
    …

niedziela, 27 stycznia 2008

padnij! powstań!

Komunikat z frontu domowego.
 
Odnieśliśmy kilka sukcesów. Wprawdzie po kilku drobnych potyczkach z babcią Jedyną, musieliśmy wycofać sie na z góry upatrzone pozycje, ale były to wyłącznie odwroty strategiczne, mające na celu przegrupowanie sił. Jedyna eskalacja nastąpiła za sprawą  P., który wziął sobie do serca maksymę chcesz pokoju, szykuj się do wojny i postanowił się okopać się na swoim odcinku – pech chciał, że zaczął od doniczki z paprotką. A potem było zwyczajnie: odpowiedzą babci J. był wybuch słyszany w promieniu kilku pięter; ja zajęłam sie usuwaniem zniszczeń wojennych. 
Poza opisanymi wypadkami, to już tylko pasmo sukcesów. Po pierwsze, P., który w grudniu zaczął nieśmiało używać dopełniacza, obecnie odmienia przez wszystkie przypadki. Do tego dochodzą coraz częstsze zdania pojedyncze. P. specjalizuje się w krótkich komendach typu: „Mama, chodź do pokoju!”, „Mama, połóż się!”, które wykrzykuje swoim tubalnym, jak na niespełna dwulatka, głosem. Okopy, łopatka-saperka,  zamiłowanie do rozkazów wydawanych dojrzałym dowódczym głosem. Powinnam wróżyć mu karierę w wojsku, No i to: padnij! powstań! 1750 razy dziennie. Jego i moje. Bo on się bawi, a ja zbieram zabawki. Ale nic . Za 20 lat pewnie będę pomagała załatwić odroczenie w WKU. Jak niedawno (?) większość matek moich kolegów.
Ale. Ale, wracając do tematu to: P. z niewielką pomocą deklamuje kilka wierszyków. Próbuje śpiewać znane z bajek piosenki. Ulubione zabawki to układanki. Liczy do dziesięciu, używa ze zrozumieniem liczebników porządkowych do pięciu.  Dzisiaj zaszalał i poszedł w zaimki dzierżawcze.
P. ma rok i siedem miesięcy.
Jak tak dalej pójdzie, za rok założy bloga, na którym obsmaruje matkę. 
I tu zakończymy hymn pochwalny. Nocnik nadal leży odłogiem w łazience. P. lubi sobie na nim przysiąść, żeby podopingować mnie okrzykami kiedy sprzątam łazienkę.
************************************************************************************************************************************
Raport z linii frontu zawodowego.
Jak już zaznaczono, w poprzednim newsie, zaproszono mnie do drugiego etapu castingu przeprowadzanego przez firmę XXX. Miła pani poinformowała mnie o tym, zaznaczając, że z powodu choroby szefa nie jest w stanie wskazać konkretnej daty spotkania, ale zadzwoni z informacją niezwłocznie po wyznaczeniu terminu. Ok. Wiewiórki mi doniosły, że mówi prawdę. Szef faktycznie zaniemógł. A potem wyzdrowiał, a telefon nadal milczał. Od  moich wiewiórek wiem, że już raczej nie zadzwoni. Tak więc tą drogą chciałabym zwrócić się do szefowej rekruterów w firmie XXX: PO CO GŁUPIA LAFIRYNDO DZWONIŁAŚ Z NIEPOTWIERDZONĄ INFORMACJĄ?!  [robiąc mi niepotrzebne nadzieje] A JEŚLI NAWET ZMIENIONIO WCZEŚNIEJSZĄ DECYZJĘ, TO TEŻ WARTO  SIĘ ODEZWAĆ I COŚ WYBĄKAĆ NA TEN TEMAT.
Tak, tak. Rynek pracy jest pełen niespodzianek. W XXX szukają specjalisty od huhuhu!, a przydałaby się przede wszystkim nowa kierowniczka HR. Jeśli ktoś z Państwa reprezentuje tę profesję, to służę adresem firmy.
Były nadzieje, zostały plany.  P. niezmiennie zasypia w okolicach 23:00. Potem odrabiam to, co mogłabym zrobić w pracy, gdybym mogła zostać dłużej, niż do 17:30. A potem piszę listy motywacyjne. Bo, niestety nie  jestem księgowym i w moim przypadku nie ma racji bytu tzw. list uniwersalny. Tworzę, przerabiam i dostosowuję. A potem prysznic, manicure i wreszcie całe 4 i pół godziny snu.
Na szczęście, nie codziennie. Ale prawie.
Coś za coś. Następne spotkanie z innym potencjalnym pracodawcą mam w przyszłym tygodniu.
I to tyle do raportu. Powstań!  Padnij!  Sprzątnij puzzle  z podłogi !

poniedziałek, 14 stycznia 2008

druga niedziela

Z samego rana pognaliśmy do centrum handlowego. Przyczyną tej niespotykanej subordynacji była konieczność nabycia płaszcza przez babcię Jedyną. Płaszcza odłożonego ciemną nocą dnia poprzedniego, z tym zastrzeżeniem, że trzeba go odebrać przed 11.00. Tutaj mała dygresja: w naszej rodzinie od lat każdy ma bardzo wąską specjalizację w zakresie tzw. niebywałych okazji. Wiadomo, że jeśli dziadek P. wypatrzy auto, będzie ono nieskazitelne pod każdym względem i w znakomitej w porównaniu z jakością cenie. Ja też tak mam, ale tylko, gdy chodzi o płaszcze. Płaszcz dla Babci J. wypatrzyłam podczas późnowieczornej wyprawy po mleko dla P. Byliśmy prawdopodobnie jednymi z pierwszych klientów, którzy pojawili sie tego dnia. Dlatego, gdy punktualnie o 10.00 wymontowywałam P. z fotelika podbiegły dwie panienki i nie czekając na jakikolwiek datek obkleiły nas serduszkami, wręczyły P. balonik i dopiero wtedy zamarły w oczekiwaniu z nadstawionymi skarbonkami.
Konsternacja. Babcia J., jak ma w zwyczaju, wybrała się na zakupy ze starannie odliczoną sumą. A ja – ja wrzuciłam do torebki klucze i dokumenty.
Najmniejszą czcionką mogę przyznać, że płaszcz babci J. nie był jedyną rzeczą, którą wczoraj wypatrzyłam i w ramach działań prewencyjnych portfel pozostawiłam w domu. O WOŚP nikt nie pomyślał. Wymieniamy z babcią Jedyną spojrzenia. Sięgam do kieszeni kurtki, do której wrzucam najdrobniejsze z drobnych – resztę, dla której nie chce sie otworzyć portfela. Do skarbonki wrzucam garść złotych monet i teraz nawet nie potrafię sobie przypmnieć momentu, kiedy dziewczyny odchodzą. Mam nadzieję, ze po takim początku zbiórki, potem mogły już tylko lepiej trafiać. 


Paletko zyskuje uznanie. Mięciutkie, obszerne, kolor wielbłądziej wełny, domieszka kaszmiru, szerokie klapy, stębnówka, pasek w talii – styl hollywood, tak się to nazywało w latach 80-tych. Nabywamy paletko. Biegusiem do auta. Gdy parkujemy pod domem, ojciec P. właśnie wysiada z samochodu. Babcia J. idzie napawać sie kreacją. My idziemy na niedzielny spacer. 

Dla P. jest to drugi w życiu spacer całkiem i zupełnie bez wózka. W żaden sposób nie daje sie namówić na spacer za rączkę. Biega, kręci sie w kółko, zatrzymuje i zawrca. Zalicza upadki – ani jednej łzy. Wróci do domu niemiłosiernie upaprany.

Ale zanim to nastąpi – po drodzie robimy zdjęcia.
P. systematycznie pozbywa się serduszek z kurtki i szalika.



Z ojcem P. rozmawiamy o piątkowej wizycie u okulisty. P. ma zapalenie spojówek.
Ale to było już omawiane w piątek, przez telefon.
Ojciec P. pyta o moje plany związane ze zmianą pracy. Wyraźnie się ożywia. Opowiada o swojej. Zmienia umowę, przekształca. Ale tak, tak, to w dalszym ciągu ten sam biznes.  A co u mnie?
Zadzwonili w piątek. Jestem zaproszona do drugiego etapu.


czwartek, 10 stycznia 2008

gadu-gadu

Byłam, odbyłam. Byłam na rozmowie kwalifikującej.
Na razie do następnego etapu przesłuchań.
Gaduła ze mnie i tyle.
A przecież już po pierwszym takim spotkaniu, a było to dawno, dawno temu, bo zaraz po studiach, dotarło do mnie, że na przeciwko zawsze siedzi człowiek, a więc istota lubiąca sobie pogadać, pomonologować i najlepsze, co mogę dla siebie zrobić, to nie mówić zbyt wiele, aby nie marnować cennego czasu, w którym może wypowiedzieć się mój interlokutor. Z pożytkiem dla nas obojga.
No nie. Teraz piszę i znów słowotok.

Sugerowana praca domowa na krótkie zimowe wieczory (krótkie – bo P. ma zwyczaj zasypiać ok. 23, co wydatnie skraca czas poprzedzający moje zejście w niebyt). A więc, sugerowane ćwiczenie to: odpowiedz wiarygodnie i wyczerpująco za pomocą dwóch zdań pojedynczych na poniższe pytania:
 - dlaczego chce pani zmienić pracę ?
 - dlaczego aplikuje pani na to stanowisko? czy nie oznacza to dla pani degradacji?
 - proszę opisać swoje obowiązki zawodowe i wskazać, te których wykonywanie przynosi pani najwięcej satysfakcji
 - szef idealny – jaki powinien być?

Tak, czy owak - zadzwonią, jak każe obyczaj. I poinformują. Nie robię sobie wielkich nadziei. Szczerze mówiąc nie robię sobie żadnych. Czyli trwam bez-nadziejnie. I tak od poniedziałku.

niedziela, 6 stycznia 2008

pierwsza niedziela za nami

Dzisiaj była niedziela ?
Uwaga mieszkańcy! Uchumghumgrykhumy fruhumygrugh….! Fruhumygrugkh.! Przecieram oczy , chociaż może powinnam przetrzeć uszy. Przerywam poranną sesję głośnego czytania i wyskakuję z łóżka. Odsuwam firankę. Fruhumygrugkh.! Środkiem jezdni sunie żółty samochód z megafonem na dachu. Otwieram okno. Jakie to szczęście, że dobre kilka lat spędziłam na dworcach kolejowych, dojeżdżając do odległego o 150 km miejsca pracy. W lot rozgryzam niepowtarzalne dźwięki wydawane przez panie z informacji PKP. A że żóty samochód nadawał w podobnym narzeczu, więc po otwarciu okna bez trudu zrozumiałam, iż, uwaga mieszkańcy!, należy niezwłocznie zaopatrzyć sie w wodę, bo zaraz odetną jej dopływ. Była godzina 7:45:11 czasu środkowoeuropejskiego. O 7:45:15 odkręciłam kran. O 7:45:30 z kranu wypłynęły ostatnie krople brunatnej cieczy.
Z resztki wody mineralnej zrobiłam dziecku herbatę, a sobie bardzo, bardzo małą kawę. W tym co znalazłam na dnie czajnika ugotowałam dwa jajka na miękko (jedyna akceptowana przez małego P. forma śniadania).
Godzina 9:40 – zgodnie ze wskazówkami żółtego samochodu, pojechałam zaopatrzyć się w wodę (15 l w trzech pięciolitrowych butlach + 25 min. w kolejce do kasy, jak to w niedzielne przedpołudnie).
Okazało się, że babcia Jedyna, kiedy chce potrafi działać z niezwykłm przyspieszeniem – sobie tylko znanym sposobem udało jej się napełnić całe wiadro i jeden naprawdę wielki gar, i to kiedy woda była jeszcze dość przezroczysta. Zaradność babci w pierwszej chwili ucieszyła. Niestety, samą babcię wręcz ogłuszył podziw nad własną zaradnością. Normalni ludzie w opisanej sytuacji zamawiają pizzę, którą jedzą prosto z pudła i cieszą się, że nie trzeba używać sztućców. Babcia zaś sprawnie upitrasiła dwa obiady (bo jeden dla P., a jeden dla nas), a następnie w poczuciu dobrze spełnionego obowiązku udała sie na poobiednią drzemkę uznając, że 12457 brudnych naczyń umyjemy… czym? chyba piaskiem (piasku też nie mamy…)
Bilans do godz.15:00 – w kuchni sterta brudnych garów, dziecko ma brokuły we włosach. Odnotowano ubytek 1/2 posiadanych zapasów wody, które kurczą sie jeszcze bardziej, gdy próbuję usunąć brokuły z buzi i włosów P., no i po trochu najbliższego otoczenia.  
Godzina 20.00.
Nadal nie ma wody w kranach. P. własciwie nie lubi się myć, ani kąpać – nie protestuje, kiedy tak po prostu ubieram go w piżamę.
Godzina 23:15.
P. zasnął prze minutą. Gdzie ja czytałam, że pominięcie choćby jednego elementu w rytuale usypiania u dzieci do lat trzech uniemożliwia im zaśnięcie?
Jestem ledwie żywa. Próbowałam wszystkiego: nucenia, kołysania, ponad godzinę nosiłam w kocyku.
Marzę już tylko o kąpieli.

Kit, właściwie mogłabym się nie kąpać. Jutro mam wolne, czyli w robocie nikt nie zauważy. A domownicy są w takiej samej sytuacji. Ale nie, nie, nie mogę. Jutro mam rozmowę kwalifikacyjną (lepsza praca, wyższa płaca, nowa garderoba….) i już słyszę ten głos, w dyskusji po zakończeniu rozmów rekrutacyjnych:
- A co państwo sądzą o kandydatce nr 5, tej z brudnymi uszami ?

sobota, 5 stycznia 2008

2008

Nie lubię początku roku. Niektórzy czynią stalowe postanowienia noworoczne, w telewizji wmawiają, że guma do żucia może być substytutem papierosa (jak mi kiedyś dokładnie wytłumaczono, używanie tej gumy do prawdziwego uzależnienia od nikotyny), a każda napotkana w kontekście jedzenia osoba tłumaczy się, że nie, nie może, tego nie może – bo się odchudzam - rozumiesz – święta były, a teraz od nowego roku…
Nic nie rzucam, nie odchudzam się, nie będę chodzić na siłownię, basen, jogę (ewentualnie, mogę dwa razy w tygodniu robić manicure proszę nie pytać, jak często robiłam dotychczas
). Nie będę dokładać sobie stresu, kosztem 120 minut mojego wolnego czasu w tygodniu.
Mam pracę, w której szybko się starzeję.
Mieszkam z małym synkiem i jego babcią.
Trzydzieści lat skończyłam w połowie obecnej dekady.
Mam prawo być zmęczona.
Nie zrobiłam żadnych postanowień. Nie chciało mi się.

Natomiast chce mi się jeszcze chcieć:
nowej pracy
wyższej płacy
nowej garderoby
■ dziecka korzystającego z nocnika
■ wyrobić pisemne potwierdzenie znajomości zagranicznego języka■ pisać bloga
w tej właśnie kolejności. A co.

piątek, 4 stycznia 2008

a ogon ma ?

- Chciałabym, żeby już mówił, ale tak naprawdę mówił…
- Mówi dużo, jak na swój wiek. Poczekaj, jeszcze trochę.
 -Chciałabym, żeby już zadawał pytania. Żeby można było naprawdę porozmawiać..

Godzinę później.
Po kąpieli. Kończymy toaletę, jesczcze tylko piżamka, potem grzebień. P. ogląda misia, obraca  w dłoniach (załóż rękawki dziecku trzymającemu misia !)
- Misio ogon ma?
- Nie synku, miś nie ma ogona.
Mała dłoń wodzi ręką po grzbiecie misia. Sprawdza każdy szew zabawki.
- Misio ogon ma?
- Nie synku, miś nie ma – (ten miś?) – Popatrz, owieczka ma ogonek. Słoń ma ogon. Hefalump. Lew.
- Baba ?
- Nie, baba, nie ma ogona… Mama też nie ma. – uważam za stosowne uprzedzić pytanie.

Piżama zapięta. Teraz buzia: jeden krem (policzki), drugi krem (blizna), maść (zmiany atopowe)…
- Dziadzia? Tata?
- Ludzie nie mają ogonków. - Taaa….
Mam co chciałam. Ciekawość świata. Ptytania. Prawdziwy dialog. Nie wiem tylko, kogo w wieku osiemnastu miesięcy obejmuje kategoria ludzie.
- Misio nie ma… Baba nie ma… Kisia?
- Krysia też nie ma.
- Kisia? Kisia nie ma? Nie ma? Nie ma?!
- Nie ma. To znaczy, myślę że nie ma – opiekunka jest od niedawna, słabo jeszcze się znamy.