Rok 2010 przywitalam we własnym domu. Okazało się, że jestem juz w tym wieku, kiedy naprawdę nie jest to złe rozwiązanie.
Ale po roku posuchy, nadszedł rok obfitości. Mogłam wybierać, czy wolę spędzić Sylwestra u X, czy może lepiej bawić się w towarzystwie Y.
P. również otrzymał zaproszenie na sylwestra.
Od uroczej Zosi M.
Najzupełniej niezależnie ode mnie.
Zaproszenie oczywiście zostało przyjęte.
Coś szybko te dzieci dojrzewają. Ale przecież nie puszczę czterolatka samego na imprezę!
Tak oto 31 grudnia, kilka godzin po zapadnięciu zmroku, udaliśmy się w nieznane.
W naprawdę NIEZNANE. Siedziba uroczej Zosi znajduje się dobre kilka kilometrów za miastem. Gospodarze byli jednak wyjątkowo mało wymowni, gdy chodziło o opis drogi DO. Aż zaczęłam wątpić w szczerość zaproszenia. – No, normalnie ulicą K. wyjeżdżasz z miasta. I jedziesz prosto. Potem skręcasz w drogę na P. I jedziesz prosto.
Kto nigdy nie zgubił się szukając wsi, której nie ma na mapach, ten nie zrozumie moich obaw. I niech pierwszy rzuci kamieniem.
Wszelkie obawy okazały sie płonne. 40 kilometrów drogi rzeczywiście rozkładało się na dwa odcinki: prosto, w prawo i znowu prosto. Na miejscu Zosia M., promienna i wyspana, na równi z rodzicami pełniła honory domu, starając sie na wszelkie możliwe sposoby wciągnąć P. do wspólnej zabawy.
- Piotrusiu, czy mogę Ci zaproponować partyjkę piotrusia? – spytała, ledwo rozłożyliśmy się z całym dobytkiem.
Młodzież zasiadła do karcianego stolika, dorośli zlegli przy większym stole. Godziny mijały, a we mnie rosła niezbita pewność, że syn zafundował mi jednen z lepszych sylwestrów w moim życiu.
Młodzież zasiadła do karcianego stolika, dorośli zlegli przy większym stole. Godziny mijały, a we mnie rosła niezbita pewność, że syn zafundował mi jednen z lepszych sylwestrów w moim życiu.
Zosia z wdziekiem rozdawała karty i proponowała dolewkę Piccolo. Potem cierpliwie wysłuchała wykładu P. o zaletach bycia stegozaurem i nawet próbowała zadawać pytania w rzadkich chwilach, gdy P. dopuszczał ją do głosu.
(Synu, czym sobie na nią zasłużyłeś?!)
Potem była zabawa w dom lalkami Zosi. Niestety, godzina była już późna, toteż P. jako mąż, z każdą chwilą stawał się coraz bardziej marudny i wybuchowy. Zabawę zakończył godzinę przed północą, zasypiając zmorzony płaczem. Tymczasem żona Zofia, spuszczona z mężowskiego oka, pokazała na co ją stać i przetańczyła calą noc na bosaka piżamie mokrej od Piccolo. O czwartej nad ranem owinięta serpentynami padła na materacu obok P., a już o dziewiątej rano pomagała mamie nakrywać do śniadania.
Żeby nie było wątpliwości: Zosia jest rówieśnicą P.
