czwartek, 24 kwietnia 2008

P jak pietruszka

Znowu miało być o czym innym, ale dwie obciachowe notki pod rząd to lekka przesada.
Dlatego będzie o P.

Mój znakomity syn /1rok, 10 miesięcy, 1 tydzień i 3 dni - posiłkuję się sklerozynką, o własnych siłach już bym tego w tym wieku nie spamiętała/ poczynił ostatnio znakomite postępy w zagnieżdżaniu się w zastanej rzeczywistości. Przykłady, dowody? Proszę bardzo! 

   I. P. zaczął mówić; tak normalnie jak dziecko, nie jak niemowlę. Można z nim swobodnie omawiać proste sprawy życia codziennego, a także porozmawiać na kilka tematów mniej przyziemnych. Oczywiście, delikaty postęp był przez cały czas, ale w marcu nastąpił wybuch, który w kwietniu przeszedł w wielki wybuch.
   => 6 marca wypowiedział pierwsze* zdanie złożone i nie zarzucił na kilka tygodni, jak to ma w zwyczaju, nowonabytej umiejętności, tylko tworzy codziennie misterne konstrukcje zdaniowe. I kombinuj matko, o co mu chodzi?!
   => obecnie używa przymiotników na tony i wie, które są synonimami.
   => potrafi nazwać nastroje i emocje – informuje, że jest smutny, wesoły, ma dobry humor, albo że czuje się nieszczególnie.
   => proszony i nieproszony klepie wierszyki, nawet wieolzwrotkowe.
   => lubi opowiadać treść przeczytanych książeczek – jednak głównie cytatami z tekstu…
Pękam z dumy. Żeby całkiem nie rozejść się w szwach dodam, że P. nie wymawia „rrr..” . Nadal też rzadko używa pierwszej osoby. „Jesteś smutny” mówi do siebie patrząć melancholijnie przez okno. A mnie przechodzi lekki dreszcz… 
  
 II. P. zaczął zasypiać na leżąco. Boże mój, co za postęp! Było tak: P., od urodzenia do ósmego miesiąca życia, zasypiał spokojnie leżąc w łóżeczku. Wymagał jedynie, aby troszkę przy nim posiedzieć, ewentualnie pogładzić po buzi. Ta sielanka została przerwana moim kilkudniowym wyjazdem służbowym. P. został pod opieką Babci Jedynej, starannie poinstruowanej w tym zakresie . Kiedy wróciłam, P. był w stanie usnąć jedynie w wyniku blisko godzinnego noszenia, połączonego z kołysaniem graniczącym z lekkimi podrzutami.
 - Nie mógł zasnąć beze mnie? – spytałam.
 - Nie, skąd! Zasypiał cichutko, z uśmiechem jak anioł!
 - To dlaczego go nosiłaś?
 - Bo wszystkie dzieci są kołysane – warknęła babcia.
 - Mamo, prosiłam, żebyś go nie nosiła! – w wyniku zastosowanych przez babcię procedur, proces zasypiania wydłużył się o jakieś 40 minut. Niezwyczajny bujania P. nie mógł zasnąć, ale też nie pozwalał się odłożyć na swoje miejsce. - A co będzie, gdy przytyje kilka kilogramów?
 - To będzie twój problem – Babcia jedyna uznała za stosowne zakończyć rozmowę.
Następne 14 miesięcy pokazało, że sprzedanie mi problemu na wyłączność nie wchodzi w rachubę. Jednak czasem los się litował i wysyłano mnie służbowo na kilka dni w Polskę. tak więc kołysałyśmy z Babcią Jedyną na zmianę, aż nagle, tydzień przed Wielkanocą…
 - Chcesz na tapczan!
Położyliśmy się oboje na moim łóżku. – Kotki dwa! – zarządził P. Po odśpiewaniu dwoch zwrotek, machnął łapką każąc mi zamilknąć /w przeciwieństwie do mnie, P. jest chyba muzykalny i nie zawsze jest w stanie wytrwać do końca wykonywanego przeze mnie utworu/. I  po prostu zasnął.

Wspólne zasypianie ma pewne zalety. P. lubi zamienić przed snem kilka zdań na różne tematy. Ostatnio zwierzył mi się z gnębiącego go widać problemu. W ciemnościach, w zupełnej ciszy, kiedy już miałam wstać z posłania, rozległ się nagle pełen napięcia szept:
 - Czy misie kochają Piotjusia ?!
Oczywiście, że kochają!!! Niech no któryś spróbuje nie kochać!!!

O czym niniejszą publikacją powiadamia wszystkie misie

Wasza neinei

P.S. Zauważyłam, że w tym sezonie na blogach przeważają zdjęcia dzieci w kapeluszach. Czapki są passé? Jako weteranka wycieczek do sklepów z odzieżą dziecięcą mogę autorytatywnie stwierdzić, że handel po raz kolejny nie wstrzelił się z ofertą w potrzeby konsumentów. Zdobycie sensownego kapelusza w odpowiednio, hmm…, dużym rozmiarze naprawdę graniczy z cudem. Zwłaszcza, jeśli przeznacza się na poszukiwania 42 minuty / uważnie odmierzane stoperem przez B.J./. Ale jest!

W załączeniu, obowiązkowe w tym sezonie, zdjęcie dziecka w kapeluszu.


* Odbyło się to w następujących okolicznościach: P. wraz z Babcią J. byli sami w domu i oddawali się właśnie ulubionym zajęciom - tzn. P. bawił się, a Babcia zapewne rozwiązywał krzyżówkę. W pewnej chwili P. odstąpił od zabawek i oświadczył: Idę do okna, zobaczyć, co się dzieje na ulicy. Babcia z wrażenia rozsypała się na kawałki.
Przyznam, że ja też, kiedy po powrocie do domu usłyszałam od oszołomionej Babci, co właśnie mnie ominęło.


wtorek, 22 kwietnia 2008

Bal w operze

Niedługo inni będą pisać o majówkach. A u nas jeszcze Wielkanoc nie rozliczona.
Miałam dziś pojechać przekrojowo po ostatnich tygodniach. Ale będzie o czymś zupełnie innym.
Oto, co wydarzyło się wczoraj:


Tytułem wstępu.
Odkąd nie jestem z nikim związana
[
będzie trochę ponad rok], bywam w teatrze częściej, niż kiedykolwiek. Może nie miałam szczęścia, ale z doświadczenia mi wychodzi, że żona-czy -kochanka prędzej, niż później, ląduje przy garach i na kanapie. A teraz? Mam kolegę, który ma dojście do biletów wartych swojej ceny, dzięki czemu mniej więcej co dwa tygodnie mam kontakt  z  żywym aktorem. Kolega jest dobrym kolegą i załatwi bilety każdemu, kto poprosi. Zatem zwykle wybieramy się większą grupą – pary i single - jak wyjdzie. Po spektaklu ruszamy w miasto. Kolacyjka, drinki, 2 – 3 godziny rozmowy z miłymi ludźmi. Charme. Kultura. Europa. No.
Trwa to już blisko pół roku. Tak, tak długo doświadczam regularnie tyle dobrego! Przez ten czas bawiliśmy się na angielskich farsach w Teatrze P., a jak nam się chciało poprzeżywać, a potem podyskutować, uderzaliśmy do Teatru im.WIELKIEGO AKTORA, gdzie dają poważniejszy repertuar. Dobrze się działo. Tyle, że wraz ze wzrostem konsumpcji rosną aspiracje. Pewnego dnia zapragnęliśmy sztuki przez duże „S”. I tak oto wczoraj  udaliśmy się do WIELKIEGO TEATRU na Aidę.


Prolog.
Trafiliśmy niechcący na galę. Zaczęło się od rozdania nagród dwojgu lokalnym – na obszar województwa - Brlantom sceny. Dziewczynka i chłopiec. Ona śpiewa, on ponoć niekoniecznie - oboje zeszłoroczni debiutanci.  Były przemowy, kwiaty i owacje. Gdy laureaci już opuszczali scenę, prowadzący przytrzymał ich za rękaw i zapytał uprzemie:
 - Czy chcielibyście coś powiedzieć?
 - Nie! – odpowiedziała dziewczynka.
 - [nie] – powiedział nie do mikrofonu chłopiec nieśpiewający.
Ogłuszające brawa na widowni. Szczerość w cenie?
A potem cięcie. Podniosła się kurtyna i się zaczęło.

Akt I.
No dobrze. Nie wiedziałam na co się porywam. Tak. Tak właśnie. Musiał nastać XXI wiek, żebym zaliczyła ten pierwszy raz [Kultura... Europa...] . Może źle trafiłam. Może z operą to jak z tym fryzjerem dziecięcym – trzeba się przygotować, nie wchodzi się od tak, z ulicy. Zaczęło się od tego, że na scenę wyszedł główny amant  przebrany za śp. Hansa Christiana Andersena (długie paletko, cylinder, laska). Chwilę później dołączył do niego pan ubrany w bonżurkę. Kiedy w najlepsze wznosili swoje trele, dopadła do nich córka faraona w sukni XIX wiecznej paryskiej kokoty. Ok. Kwestia konwencji. Tak sobie reżyser umyślił. Już się nie zdziwiłam, gdy do monotonnie zawodzącej po włosku  trójki blond Egipcjan dołączył z prawej chór mameluków, a z lewej chór huzarów… Na to wszystko wniesiono w lektyce klasycznie przyodzianego faraona. OK, nadal chwytam. Gdyby istniał, XIX-wieczny  faraon mógłby być tradycjonalistą w kwestiach stroju. A potem cięcie, kurtyna, zmiana dekoracji. I już do końca po scenie pląsali półnadzy Egipcjanie w spódniczkach, tunikach i  czarnych perukach. Korzystając z okazji proszę reżysera o wytłumaczenie, dlaczego tak? Bo mi przychodzą na myśl tylko niesympatyczne wyjaśnienia.
Jeszcze na etapie solówki H.Ch. Andersena zaczęłam chichotać. W porównaniu z przeciętnymi, moje uzdolnienia muzyczne wyrażają się w wartościach ujemnych. Ba, wśród niemuzykalnych zajmuję pierwsze miejsce we wszechświatowym rankingu – wyprzedza mnie tylko Babcia Jedyna. Mój dotychczasowy kontakt z operą to ściszany pilotem B. Kaczyński i koncerty trzech tenorów w telewizji. A tu śpiewają i śpiewają. A ja nie jestem w stanie nawet  z grubsza ocenić poziomu przedstawienia. Nie mówiąc o znalezieniu jakiejkolwiek przyjemności w słuchaniu niekończących się włoskich arii. Coraz boleśniej docierało do mnie, że dzieło zawiera się w czterech aktach. Coraz trudniej było mi opanować chichot. Zaczęłam nieśmiało zerkać na kolegę, bojąc się wpadki. W końcu to światowy człowiek, zna pięć języków z czego trzy biegle, bywały, oczytany, kulturalny w każdym calu. Po kilku minutach wyluzowałam – ilekroć na niego spoglądałam, właśnie rozpoczynał albo kończył szerokie ziewnięcie. W końcu nasze spojrzenia się spotkały i pozostało już tylko uważać, żeby wspólny rechot nie zagłuszał orkiestry.
Ledwie opadła kurtyna, kolega energicznie podniósł się z krzesła i oświadczył:
 - Wychodzę. I to jest ostatnia szansa na uratowanie tego wieczoru.
Szczerze mówiąć, byłam gotowa odsiedzieć jeszcze jeden akt, żeby móc z czystym sumieniem stwierdzić, że tak, na pewno,  to nie dla mnie. I że nigdy więcej. Z drugiej strony nie uśmiechało mi się zostać samej w teatrze. Wybrałam więc towarzystwo kolegi i szybki sprint do szatni odbyliśmy odprowadzani zdziwionymi spojrzeniami bileterów.

Epilog.
 - Boże, co mnie podkusiło? - kolega na zmianę śmiał się i zawodził, kiedy siedzieliśmy już w taksówce.
Stało się. Musieliśmy spróbować, żeby się dowiedzieć. Teraz już do końca życia mamy spokój.
Późnym wieczorem przeczytałam libretta kilku najbardziej znanych oper [Wikipedia zawsze uprzejmie ostrzega, że w treści opisano zakończenie utworu]. I to musi wystarczyć.
Do końca życia. 

A dzisiaj kupiłam bilety na premierę. Najwyższy czas się zrewanżować i zaprosić kolegę, który zawsze mnie zaprasza. Pójdziemy do kina. Na IV część Indiany Jonesa.