Nie mam siły…
P. wpadł w manię pt. nieoczekiwana zamian miejsc.
I nasze życie nie jest juz takie jak dawniej.
Zaraz po przebudzeniu P. zrywa sie z łóżka i niezupełnie jeszcze przytomny, z lekka zataczając się, pędem pokonuje całe mieszkanie do tajemnego pokoju Babci J. /o tym pokoju też warto napisać, ale innym razem, dobrze?/. Z piskiem małych stóp hamuje przed drzwiami szafy południowej, wyjmuje klucz z drzwi szafy, wykonuje zwrot w miejscu i dzikim kłusem przemieszcza się do przedpokoju, gdzie sprawnie podmienia klucz w tamtejszej szafie. Jeszcze tylko powrót do szafy południowej, w którą wtyka niepasujący klucz przedpokojowy i już spokojny, choć nieco zdyszany może witać nowy dzień.
Nagabywany na temat opisanej praktyki, P. uporczywie milczy, albo odpowiada monosylabami niezrozumiałymi dla otoczenia.
I tak każdego ranka, od jakiś dwóch miesięcy.
No więc, te pozamieniane klucze to pewna stała w naszej codzienności. Poza tym, same niespodzianki.
Rzeczy znikają i pojawiają się tylko po to, żeby ponownie zniknąć.
I tak dzisiaj rano poszłam do pracy bez oczu. Tzn. P. nie schował mi oczu, ani okularów -20 dioptrii, tylko zakosił tusz do rzęs. A prawda jest taka, ze jak oczu sobie nie namaluję, to ich nie mam.
Rano nie miałam też rękawiczek. Te jednak znalazły się w porze kolacji. Były w szafce kuchennej, zwinięte w kłębek w małym garnuszku do gotowania jajek. Wyjęłam i sprytnie schowałam w sobie tylko znanym miejscu. Pół godziny temu znalazłam je ponownie -dzięki temu, że wystawały nieco z zimowych bucików P.
Wystające z bucików palce układały się w napis „HELP”.