poniedziałek, 7 maja 2012

Jak Warszawa to, w maju....























...gdy kwitą bzy. Bzy nie zakwitły, ale za to kasztany pokazały klasę i zdążyły na czas. Snując sie po Starym Mieście co rusz natrafialiśmy na grupy czarno-biało przyodzianej młodzieży. Dzięki bystremu umysłowi początkowo brałam ich za mormonów, ale mijając jakąś dwudziestą grupę radosnych nastolatków podzieliłam się spostrzeżeniem z koleżanką matką, która była uprzejma oświecić mnie, że właśnie rozpoczęły się matury. Akurat w długoweekendowy piątek!

P. jest dzielnym wędrowcem i dobrym towarzyszem w podróży. Spisał się również tym razem - bez słowa skargi przedreptał trasę z Centralnego na Stare Miasto i z powrotem. To znaczy narzekał, ale nie na upał, czy długą wędrówkę, ale na brak stosownej rozrywki. Po opuszczeniu muzeum poszliśmy na stare miasto. Obejrzeliśmy zamek królewski, pospacerowaliśmy uliczkami. Trasa podręcznikowa: Krakowskie Przedmieście, Plac Zamkowy, Świętojańska, Rynek Starego Miasta, Barbakan, obiad na Podwalu. Niestety, nie licząc straganów na Rynku, P. nie znalazł nic godnego uwagi i coraz głośniej domagał się miejsca, w którym mógłby się pobawić – najlepiej parku z placem zabaw. Od początku zwiedzania było jasne, że dla P. trochę za wcześniej na taką wyprawę. Z powodzeniem mogliśmy  rozpocząć i zakończyć wycieczkę na tarbozaurach. Wiem, że są dzieci w wieku P., które zaliczają nie takie trasy, ale P. do nich zdecydowanie nie należy. Na szczęście byliśmy w szerszym gronie, więc na dylematy „próbować coś zobaczyć, czy dać sobie spokój” nie było miejsca. Ogromny dystans dzieli sześciolatka i dziesięciolatkę. Julka brykała razem z P., ale to nie przeszkadzało jej dopytywać o to i owo. Były też miejsca, które koniecznie chciała zobaczyć – dłuższą chwilę zatrzymała nas pod Pałacem Prezydenckim pełna nadziei, że dane jej będzie, w którymś z okien, ujrzeć...

Odbywszy półgodzinną wartę pod Pałacem, definitywnie zakończyliśmy zaliczanie zestawu obowiązkowego i skierowaliśmy się na zachód w stronę Ogrodu Saskiego. Decyzja została podjęta nie tylko pod wpływem P., który nie mógł opanować entuzjazmu na widok większej ilości zieleni. Dzień wcześniej zaufałyśmy prognozom pogody i teraz wraz z koleżanką matką rozpływałyśmy się pod ciężarem kurtek przeciwdeszczowych i plecaków pełnych parasolek i zapasowych sweterków. I tak oto stolica zrehabilitowała się w oczach P. dopiero późnym popołudniem, ujawniając w Ogrodzie Saskim całkiem pokaźny plac zabaw. Spędziliśmy tam bardzo miłą godzinę i zregenerowani, via Zachęta udaliśmy się do metra.

                                                                                                                                   

sobota, 5 maja 2012

Majówka z dinozaurami

Odkąd dinozaury powróciły do łask nosiłam się z myślą aby pokazać P. coś więcej niż gipsowe figury w dinoparkach. Niestety, najbliższy okazały brachiorazur jest w Berlinie, a wątpliwe, aby P. zadowolił się skromniejszymi szczątkami. Zwłaszcza po opowieściach wuja T., jakiego wspaniałego tyranozaura miał okazję podziwiać w Chicago.
Nie będę się chwalić, ze sama wymyśliłam. Podpowiedź znalazłam TU.

Przy okazji będzie sposobność, żeby pokazać P. kawałek stolicy. Wprawdzie P. był już raz w Warszawie (z ojcem składał wizytę dalszej rodzinie), jednak trasa zwiedzania ograniczyła się wówczas do przejazdu z dworca wschodniego do Rembertowa.

Na wycieczkę dały się zaprosić Julka z koleżanką matką. Stanęło, że jedziemy w piątek, bo 1) muzeum ewolucji też korzystało z długiego weekendu do czwartku włącznie, 2) w piątek przypadał MÓJ dzień wolny, 3) cała Polska wyjechała na majówkę, więc i my zróbmy sobie choć jednodniową wycieczkę…
Nie trzeba też wyjaśniać, że P., w chwili, w której dowiedział się, że w Polsce są kości Tarbozaura – tak, prawdziwe;  tak, b y ć   m o ż e  można je pomacać – miał już spakowany plecak i był gotowy odbyć pielgrzymkę pieszą do przybytku dinozaurów.

W celu zwielokrotnienia atrakcji pojechaliśmy pociągiem.
Młodzi pasażerowie, wbrew przewidywaniom, zachowywali się nader godnie – oddawali się lekturze i chrupali chrupki.

Personel Muzeum ewolucji, jak przystało na przybytek wiedzy, okazał się wolny od przesądów. Na pytanie, czy przysługuje nam bilet rodzinny, miła pani szybko przeliczyła naszą grupę i bez wahania odpowiedział a – Oczywiście, dwie osoby dorosłe i dwoje dzieci. Potraktujemy panie, jak małżeństwo holenderskie.
I tak, z koleżanką małżonką i przychówkiem rozpoczęliśmy zwiedzanie.

Muzeum nie jest duże, ale posiada kilka rarytasów. My przyjechaliśmy dla tarbozaura. Na miejscu okazało się, że są dwa zrekonstruowane szkielety. Mały i duży. Mały, a raczej młody tarbozaur też jest oczywiście duży
Tarbozaur – azjatycki tyranozaur.

I jego młodszy kolega.
Z większych okazów jest również zauropod, którego nazwy niestety nie pamiętam. Podobno odnaleziony na terenie Polski. W żaden sposób nie chciał zmieścić się w całości w obiektywie. 

Perła w koronie – łapy deinocheira, tajemniczego dinozaura, z którego pozostały tylko te łapska i na ich podstawie został opisany. Czuję się jakbym znała go  osobiście – w końcu codziennie czytamy z P. budującą opowiastkę, jak stado deinocheirów zjadło mamę mamenchizaura. Straszną tę historię chętni znajdą tutaj. W rozdziale Obrona malucha. Deinocheir znaczy straszny pazur.

Parazaurolof – przykład eleganckiej dekoracji ściennej.

                                 Perła kolekcji według muzeum. Już nie łuska, jeszcze nie pióro. W jakże godnej oprawie.

Oprócz dinozaurów znaleźliśmy kilka innych wystaw tematycznych, między innymi o pochodzeniu człowieka. Kto chce sobie zrobić zdjęcie z bardzo ładnie odtworzoną australopiteczką musi stanąć pod tablicą z napisem „wskrzeszenie Lucy”. Ot, taki muzealny dowcip.

Lucy i jej reinkarnacja.

Muzeum ma wiele do zaoferowania, ale ekspozycja pozostawia niedosyt. Przede wszystkim brakuje przestrzeni – ogon zauropoda ginie w sąsiedniej sali, głowa ukryta jest na filarem. Niskie sufity sal przytłaczają eksponaty i wielkie dinozaury tracą na tym najwięcej. Gdyby ktoś chciał ufundować w Warszawie kolejne muzeum to tutaj naprawdę można się wykazać. Zbiory pochodzą z wykopalisk polskich paleontologów z lat 60-tych, podczas których odkryto wiele nowych gatunków - zatem są tu „pierwsze egzemplarze” najbardziej znanych dinozaurów np. gallimima (przy dziecku wyraźnie podciągnęłam się choć z dinozaurów).

Przy wyjściu natknęliśmy się na plakat reklamujący Muzeum Geologiczne – przedstawiał rekonstrukcję  wielkiego szkieletu mamuta. I już mamy pomysł na następną wycieczkę.