poniedziałek, 31 października 2011

Halloweeeeeen !

Plany wytyczały prostą ścieżkę wiodącą ku sukcesowi przedsięwzięcia. Babcia J. ze stosownym wyprzedzeniem zamówiła dynię u zaprzyjaźnionego sprzedawcy warzyw. – Pan Zbyszek stwierdził, że wie, o co chodzi. Powiedział, że poszuka największej. Dynia będzie do odebrania w sobotę – oświadczyła Babcia po powrocie z zakupów.
W sobotę udałam się po odbiór zamówienia. – Mam ją.– oświadczył pan Zbyszek z dumą. - Specjalnie dla pani wybierałem, na pewno słodziutka. Nada się na wszystko - na marynatę i na zacierki.
Zacierki ???
Wierzę, że pan Z. zna się na rzeczy. Szkoda tylko, że babcia J. nie zaznaczyła , że chodzi o dynię dekoracyjną, a nie spożywczą. Dynia była rzeczywiście ogromnych rozmiarów, nie mniej była to NAJPASKUDNIEJSZA dynia jaką  w życiu widziałam. Na pewno w dzieciństwie przeszła ospę, u progu dojrzewania dorzucił się do tego trądzik młodzieńczy, a dzieła dopełniło kilka szarych liszajów po bokach. Jakby tego było mało, na jednym z boków nakreślono wielgachne „13 kg” grubym niebieskim pisakiem.
 – I co teraz? – pytanie skierowałam bardziej do siebie, niż do sprzedawcy.
 – Pani powie, gdzie autko stoi, to zaniosę, odparł pogodnie pan Z. - Należy się złotych polskich ….

Poniżej tegoroczna cucurbita w całej okazałości.
Na uwagę zasługuje rysunek autorstwa P., który w założeniu stanowi instruktaż, jak powinnam wycinać poszczególne elementy dyńka. Niestety, projekt okazał się zbyt ambitny w stosunku do możliwości wykonawczyni, która nie specjalizuje się w cyzelowaniu miniatur.



Na wieczorne warsztaty rzeźbienia w dyni zaprosiliśmy Julkę z mamą. Dziewczyny poważnie potraktowały sprawę i w wigilię halloween pojawiły się u nas jako czarna wróżka i gnijąca panna młoda. P. wystąpił jako straszny pirat. A jego matka, która czas i energię zaangażowała w sprawę dyni, w ostatniej chwili zorganizował sobie strój á la Indiana Jones. Niezbyt się to wpisywało w klimat wieczoru, ale tradycji przebieranek stało się zadość. 

Dziewczyny przyniosły również małe dyniątko, z którym uporaliśmy się w 15 minut.  Potem mogliśmy zająć się naszym kostropatym potworem. Pokrzepiona szklaneczką czerwonego wina przystąpiłam do trepanacji dyni, która okazała się nader słusznym przeciwnikiem. Okazały nóż kuchenny w zetknięciu z twardym pancerzem złamał się już w czwartej minucie starcia. Należało zatem sięgnąć po bardziej wyrafinowane narzędzia i, jak rok wcześniej, skończyło się na piłce do metalu. Za to wydrążenie odbyło się szybko i bez niespodzianek – gruboskórna paskuda wnętrze miała miękkie i soczyste, a ja miałam w tym roku godnych pomocników.


*  *  *
Nim wzeszła pierwsza gwiazda, na kuchennym stole zabłysły oczy dwóch strasznych dyńków. 


*  *  *
Dziś, jak każdego roku, przyjechał do nas brat Babci J.  Spędziliśmy wspólnie miły wieczór. A zza drzwi balkonowych dyniek zazdrośnie łypał na nas czerwonym okiem.