Z samego rana pognaliśmy do centrum handlowego. Przyczyną tej niespotykanej subordynacji była konieczność nabycia płaszcza przez babcię Jedyną. Płaszcza odłożonego ciemną nocą dnia poprzedniego, z tym zastrzeżeniem, że trzeba go odebrać przed 11.00. Tutaj mała dygresja: w naszej rodzinie od lat każdy ma bardzo wąską specjalizację w zakresie tzw. niebywałych okazji. Wiadomo, że jeśli dziadek P. wypatrzy auto, będzie ono nieskazitelne pod każdym względem i w znakomitej w porównaniu z jakością cenie. Ja też tak mam, ale tylko, gdy chodzi o płaszcze. Płaszcz dla Babci J. wypatrzyłam podczas późnowieczornej wyprawy po mleko dla P. Byliśmy prawdopodobnie jednymi z pierwszych klientów, którzy pojawili sie tego dnia. Dlatego, gdy punktualnie o 10.00 wymontowywałam P. z fotelika podbiegły dwie panienki i nie czekając na jakikolwiek datek obkleiły nas serduszkami, wręczyły P. balonik i dopiero wtedy zamarły w oczekiwaniu z nadstawionymi skarbonkami.
Konsternacja. Babcia J., jak ma w zwyczaju, wybrała się na zakupy ze starannie odliczoną sumą. A ja – ja wrzuciłam do torebki klucze i dokumenty. Najmniejszą czcionką mogę przyznać, że płaszcz babci J. nie był jedyną rzeczą, którą wczoraj wypatrzyłam i w ramach działań prewencyjnych portfel pozostawiłam w domu. O WOŚP nikt nie pomyślał. Wymieniamy z babcią Jedyną spojrzenia. Sięgam do kieszeni kurtki, do której wrzucam najdrobniejsze z drobnych – resztę, dla której nie chce sie otworzyć portfela. Do skarbonki wrzucam garść złotych monet i teraz nawet nie potrafię sobie przypmnieć momentu, kiedy dziewczyny odchodzą. Mam nadzieję, ze po takim początku zbiórki, potem mogły już tylko lepiej trafiać.
Paletko zyskuje uznanie. Mięciutkie, obszerne, kolor wielbłądziej wełny, domieszka kaszmiru, szerokie klapy, stębnówka, pasek w talii – styl hollywood, tak się to nazywało w latach 80-tych. Nabywamy paletko. Biegusiem do auta. Gdy parkujemy pod domem, ojciec P. właśnie wysiada z samochodu. Babcia J. idzie napawać sie kreacją. My idziemy na niedzielny spacer.
Dla P. jest to drugi w życiu spacer całkiem i zupełnie bez wózka. W żaden sposób nie daje sie namówić na spacer za rączkę. Biega, kręci sie w kółko, zatrzymuje i zawrca. Zalicza upadki – ani jednej łzy. Wróci do domu niemiłosiernie upaprany.
Ale zanim to nastąpi – po drodzie robimy zdjęcia.
P. systematycznie pozbywa się serduszek z kurtki i szalika.
Z ojcem P. rozmawiamy o piątkowej wizycie u okulisty. P. ma zapalenie spojówek.
Ale to było już omawiane w piątek, przez telefon.
Ojciec P. pyta o moje plany związane ze zmianą pracy. Wyraźnie się ożywia. Opowiada o swojej. Zmienia umowę, przekształca. Ale tak, tak, to w dalszym ciągu ten sam biznes. A co u mnie?
Zadzwonili w piątek. Jestem zaproszona do drugiego etapu.


Brak komentarzy:
Prześlij komentarz