wtorek, 29 września 2009

Na początku był tygrys

P. nie przepada za opowiadanymi bajkami. Nie i koniec. Trzeba słuchać uważnie, bo inaczej traci się wątek, nie ma obrazków, więc trudno coś komentować i brak punktu zaczepienia dla zmiany tematu.
Nie mniej, z lekka przyparty do muru, P. niekiedy zgadza się wysłuchać jednej z klasycznych opowieści.
Oczywiście zupełnie się nie poddaje  i co 30 sekund konsekwentnie pada pytanie:
 - Kiedy będzie koniec?
W takich warunkach trzeba pominąć wszelkie ozdobniki. Opowieść ograniczam do esencji intrygi kryminalnej (prawie wszystkie klasyczne bajki to przecież thrillery).
Po co to robię? – A nuż się rozsmakuje. No i żeby coś nie umknęło. Bo jak tu przejść przez życie nie znająć Królewny Śnieżki, Czerwonego Kapturka, albo Kota w Butach w wersji classic?
I nagle  – szok. P. wyciągną się pod kołderką, schował wcześniej wybraną książkę pod poduszkę i rozpromieniony oświadczył:
 - Dziś ja opowiem Ci bajkę!
Pierwsze zdania spływały wartko.
 - Był sobie tygrys. Nazywał się Ernie. Pewnego razu poszedł do małpki.
I ją schrupał!
Kaczuszka się wystraszyła…
(tu autor traci nagle wątek, o czym świadczy nerwowe rozglądanie się, w poszukiwaniu natchnienia)
- Odkurzacz wpadł do studni…
- Rety!
- I co było dalej mamo?
- Hm… Dzielny odkurzacz szybko….
- Nie!!! Mamo, ty masz się zapytać, co było dalej!
- Iiiii, i co było dalej?!
- Obraz spadł ze ściany…
- Ale co było dalej z tygrysem?
- Nie!!! Mamo, tygrys był na początku, a nie na końcu!
Aha.
- I co było dalej synku?
- Obraz spadł ze ściany… i… ubrudził kontakt! - spuentował rozpromieniony własną elokwencją P. – Właśnie, ubrudził kontakt! I to już koniec! Bardzo ładna bajka! Prawda, ze ładna? Mamo?!
Bardzo ładna. Gromkie brawa sprawiły, że zadrżały ściany… Spadł obraz i ubrudził kontakt…
Gdzieś, w innej rzeczywistości, zapewne tak się stało.
W naszej poprzestałam na gorących oklaskach, po których zgasło światło i poszliśmy spać.
 
 

wtorek, 26 maja 2009

szklany sufit

W ramach popołudniowych zajęć rekreacyjnych udało mi się rozłożyć na części elementarne ciężarówkę należącą do P. A następnie skręcić nie uroniwszy ani jednej śrubki. Pojazd nie utracił swoich właściwości. Operację wykonałam przy użyciu  zabawkowego śrubokrętu, tudzież wiertarki napędzanej baterią R14. Świadkiem i zleceniodawcą zadania był P., który obecnie napędzany jest  tajemniczą energią kosmiczną /albo teorie o pochodzeniu kalorii z jedzenia, dobowym bilansie energetycznym i temu podobne należy wysłać w kosmos/.
No więc rozkręciłam i skręciłam. A dziś rano pochwaliłam się sukcesem koleżance, którą dla potrzeb tego bloga nazwijmy uroczą Teściową.
Teściowa pokręciła głową. – Moja droga, oczywiście, że nie zdałaś. Ojciec rozkręciłby i skręcił. Po wszystkim zostałyby mu cztery śrubki, które nie wiadomo, gdzie wetknąć, ale i tak wszystko by działało.
Ot, co.

niedziela, 5 kwietnia 2009

bladym świtem...

- Mam trzydzieści siedem lat i mieszkam w Warszawie...
Te słowa usłyszałam dziś rano, gdzieś na granicy snu.  Pod względem skuteczności budzenia wpowiedź tę można porównać do wystrzału armatniego.  
Znam w Warszawie kilku trzydziestoparolatków. Może któryś z nich ma nawet lat trzydzieści siedem. Jednak z  żadnym z nich nie przewiduję wchodzenia w bliższe relacje, które uprawniałyby do przebywania w niedzielny poranek (na tydzień przed świętami!) w mojej sypialni.
Zresztą, z krótkiej wypowiedzi wynikało jednoznacznie, że jej autor odczuwał potrzebę przedstawienia choćby najbardziej ogólnej charakterystyki swojej osoby. No cóż, od czegoś trzeba zacząć... Zacząć?! Ale co zacząć?!
Jest niedziela. Rano. Gdzie jest P.?!?!
Nieznajomy, który bladym świtem, uznał że powinien poinformować o swoim wieku i miejscu zamieszkania dotknął mojego ramienia i tym razem wykrzyczał:
 - Mam trzydzieści siedem lat i mieszkam w Wahrrrszawie!
Otworzyłam oczy. P. siedział na mojej poduszce szczerząc garmitur dwudziestu zębów.
 - Junda djuga! - zawołał. - Zaczynamy... dhrrugą rrrhundę! - uśmiechnął się filuternie i dodał - Jaka to melodia?

Synu, masz pierwszy w życiu szlaban na oglądanie telewizji!

wtorek, 3 marca 2009

(nie)oczekiwana zamiana miejsc

Nie mam siły…
P. wpadł w manię pt. nieoczekiwana zamian miejsc.
I nasze życie nie jest juz takie jak dawniej.
Zaraz po przebudzeniu P. zrywa sie z łóżka i niezupełnie jeszcze przytomny, z lekka zataczając się, pędem pokonuje całe mieszkanie do tajemnego pokoju Babci J. /o tym pokoju też warto napisać, ale innym razem, dobrze?/. Z piskiem małych stóp hamuje przed drzwiami szafy południowej, wyjmuje klucz z drzwi szafy, wykonuje zwrot w miejscu i dzikim kłusem przemieszcza się do przedpokoju, gdzie sprawnie podmienia klucz w tamtejszej szafie. Jeszcze tylko powrót do szafy południowej, w którą wtyka niepasujący klucz przedpokojowy i już spokojny, choć nieco zdyszany może witać nowy dzień.
Nagabywany na temat opisanej praktyki, P. uporczywie milczy, albo odpowiada monosylabami niezrozumiałymi dla otoczenia.
I tak każdego ranka, od jakiś dwóch miesięcy.
No więc, te pozamieniane klucze to pewna stała w naszej codzienności. Poza tym, same niespodzianki.
Rzeczy znikają i pojawiają się tylko po to, żeby ponownie zniknąć.
I tak dzisiaj rano poszłam do pracy bez oczu. Tzn. P. nie schował mi oczu, ani okularów -20 dioptrii, tylko zakosił tusz do rzęs. A prawda jest taka, ze jak oczu sobie nie namaluję, to ich nie mam.
Rano nie miałam też rękawiczek. Te jednak znalazły się w porze kolacji. Były w szafce kuchennej, zwinięte w kłębek w małym garnuszku do gotowania jajek. Wyjęłam i sprytnie schowałam w sobie tylko znanym miejscu. Pół godziny temu znalazłam je ponownie -dzięki temu, że wystawały nieco  z zimowych bucików P. 
Wystające z bucików palce układały się w napis „HELP”.

niedziela, 22 lutego 2009

Sankt Moritz



Ostatnio dużą popularnością cieszą się produkty należące do kategorii "domowe spa" - substytuty dla zapracowanych/ niezamożnych/ domatorów/ ...?
Powyżej i poniżej zdjęcia osoby, która skorzystała z podobnej oferty - P. dał się przyłapać w "przydomowym St.Moritz".



P.S. Obecnie trwają intensywne prace nad stworzeniem równie atrakcyjnej oferty letniej pod roboczą nazwą "osiedlowy Mauritius" (czy jakoś tak podobnie).

sobota, 21 lutego 2009

pieczone gołąbki

Dawno temu, kiedy P. był kilkumiesięcznym oseskiem, przemknęło mi przez myśl, czy P. zastanawia się, skąd pochodzą używane przez niego dobra?
Czy wie, skąd bierze się pożywienie i ubranie?
Może, według P., taki jest właśnie porządek tego świata, że butelki z mlekiem przybywają z kuchni, ubranka wyjmuje się z szafy, a pieluszki z szuflady pod łożkiem?
Czy też, może chociaż przeczuwa, że ubranka mama musi uprać i wyprasować, obiadek ugotować, a pieluchy kupuje się w Tesco za jedyne 39,99 /jeśli  akurat jest promocja/. 
Minęły dwa lata  i wydawałoby się, że w tzw. międzyczasie P. miał okazję dowiedzieć się tego i owego, a nawet oswoić z nowo nabytą wiedzą.
Wydawałoby się. Ale pewności nie było.

Toteż, gdy wczoraj wieczorem P. wmaszerował do łazienki celem odbycia kąpieli, podniósł głowę i spojrzał na galerię świeżo wypranych śliniaków raczej nie podziewałam się gwałtownego wybuch wdzieczności za poniesiony trud.
Nie mniej, uprzejme „O, mamusia uprała!” byłoby jak najbardziej na miejscu.
Ale nie.
P. objął spojrzeniem dyndające pod sufitem całe 18 sztuk swojej garderoby i skonstatował:
 - Ach, więc to tu rosną śliniaczki !


niedziela, 15 lutego 2009

po raz pierwszy

Przydarzyło mi się to po raz pierwszy w życiu.
Owszem, wcześniej zadrzały się, że tak powiem (i nie chcę tu urazić nikogo), namiastki.
Kiedyś ktoś podrzucił mi na biurko w pracy.
Na studiach, kilka razy, wsunięto mi coś do torebki.
Odkąd mam skrzynkę mailową, zwykle i tam coś się pojawiało.
Ale w tym roku, w tym roku proszę Państwa, w piątek trzynastego, listonosz przyniósł mi prawdziwą walentynkę.
Kartkę w czerwonej kopercie. Nadaną w urzędzie pocztowym i ofrankowaną.
Anonimową, oczywiście.
Ucieszyłam się jak dziecko – bo takiej jeszcze nigdy nie dostałam.
Naprawdę, wszystkim życzę takiej radości. Ba, choć w połowie takiej radości
/zupełnie na marginesie - Babcia Jedyna odebrała mi połowę przyjemności otwierając kopertę i zaglądając do środka. Tłumaczenia, iż spodziewała się, że to korespondencja urzędowa, brzmią pokrętnie i mało wiarygodnie/.