poniedziałek, 26 grudnia 2011

Świąteczna wielość bytów

Mniej więcej przed miesiącem pomiędzy mną i ojcem P. zaistniała burzliwa wymiana zdań. Ja optowałam za wynajęciem niezależnego mikołaja, ba, nawet znalazłam osobę, która „potrafi z dziećmi” i za niewygórowaną opłatą zgodziła się odegrać tę rolę. Uznałam, że P., który ma już swoje lata nie nabierze się po raz kolejny na numer z ojcem, który „wychodzi na poszukiwanie mikołaja”, w tzw. międzyczasie nawiedza nas poszukiwany mikołaj, po czym tata wraca ubolewając, że rozminął się z oczekiwanym gościem.
Ojciec P. od razu postawił ostrą kontrę. Ba! Okopał się na zajmowanych pozycjach. W długim i zawiłym monologu przedstawił szereg argumentów ekonomicznych, logistycznych i odwołań do świętości tradycji. Nie napotkał jednak na zrozumienie, musiał więc pzejść do istoty problemu  - ojciec P. chciałby, ale to bardzo chciałby, choć jeszcze ten jeden jedyny raz być mikołajem! Urodził się do tej roli! Czeka na tę chwilę cały rok! Jeśli się nie zgodzę, zniknie magia świąt! Nie mówiąc już o wyższości Bożego Narodzenia nad Świętami Wielkiej Nocy.

W literaturze fachowej brak opisu zespołu odstawienia od roli mikołaja. Nie mniej zespół ten warty jest na pewno uwagi specjalistów. Sądząc po reakcji ojca P. rzucanie tytoniu, czy leczenie alkoholizmu, którym poświęcono całe tomy, to fifka. Należy skupić się na mikołaju.

Trzeba przyznać, że techniczne problemy zostały rozwiązane bez zarzutu. Charakterystyczną fryzurę przykryła czerwona uszanka stosownie wykończona białym futerkiem. Resztę kamuflażu dopełniły przetestowane w zeszłym roku ciemne okulary i czarne skórzane rękawice. Mimo, że nie utracił lekko mafijnego charakteru,  tegoroczny mikołaj wyglądał mniej bojowo, niż poprzedni. Poza tym, zapewne mając na względzie świąteczne porządki, przybył do nas w skarpetkach (co uważam za bardzo sprytne posunięcie, niejedno bowiem dziecko w naszej rodzinie zdemaskowało przebranego za mikołaja właśnie rozpoznając obuwie).

Przejęty wizytą P. z godnością pełnił honory domu. Częstował mlekiem i piernikami. Porozmawiał o sprawach bieżących. Ochoczo śpiewał piosenki i opowiadał dowcipy, kiedy było to warunkiem otrzymania kolejnego prezentu.
Mikołaj skubnął przygotowane przysmaki, rozdał prezenty, kurtuazyjnie zamienił kilka zdań z dorosłymi. A kiedy ukontentowany podarkami P. żegnał się z nim, obiecał wrócić za rok.


*  *  *

-         Mamo, czy wiesz, że Mikołaje są nieśmiertelni?
-         Tak myślisz?  Ja też uważam, ze Mikołaj jest nieśmiertelny. – Pomiędzy kęsami karpia przy wigilijnym stole odruchowo formułuję odpowiedź, nie wychwytując istoty pytania. – Mikołaj przychodził do mnie, kiedy byłam małą dziewczynką, przychodzi tez do babci, zatem musi być …
-         Więc ty naprawdę uważasz, że jest JEDEN Mikołaj?! – P. z niedowierzaniem kręci głową nad talerzem, jakże by inaczej, wigilijnej kaszy z wkładką. – Przecież co roku przychodzi inny! Inny!
-         Hm, ten w przedszkolu rzeczywiście wyglądał inaczej, niż…
-         Nie! Do nas, do domu, co roku przychodzi inny!
No masz.

Ciekawe, który przyjdzie w przyszłym roku?


czwartek, 22 grudnia 2011

ku przestrodze

Mając w pamięci zeszłoroczne ubieranie choinki, zakończone przed północą, w tym roku zabraliśmy się z P. za strojenie drzewka wczesnym popołudniem.
Pomna, że rok temu zajęło nam to równe sześć godzin, wieszałam ozdoby jak leci, byle szybciej. Pierwszy raz w życiu nie analizowałam kolorystycznie, nie przewieszałam i nie odchodziłam od choinki co pięć minut, aby krytycznie ocenić efekty swojej pracy. Uwinęliśmy się w dwie godziny, mimo, że P. więcej tańczył wokół choinki, niż dekorował.

Efekt: choinka wygląda jak zawsze.

Morał wyciągnę, kiedy wreszcie odpocznę i się wyśpię.

środa, 14 grudnia 2011

Mikołajki

-    Przepraszam, czy pańskie dziecko jest misiem? – pytam stojącego obok mężczyznę o posturze dorodnego barribala.
-    Nie, skąd! – żywo odpowiada zaindagowany.
-    Moje dziecko JEST MISIEM. Proszę pozwolić mi teraz zrobić zdjęcie.

Mężczyzna opuszcza niedźwiedzie ramiona w których dzierży fotoaparat dotychczas nieprzerwanie błyskający fleszem. W ten sposób zwalnia nieco kadru i mogę uchwycić pląsającego P.  Pod warunkiem, że stoję na palcach, a prawy łokieć opieram na ramieniu stojącej obok starszej pani.
Stoimy ściśnięci w tłumie rodziców, dziadków i starszego rodzeństwa. Przedszkolna sala gimnastyczna w połowie służy za scenę i kulisy. W drugiej połowie wypełniona jest szczęśliwcami, którzy przyszli dość wcześniej by załapać się na kawałek podłogi. Teraz, jak drzewa, umieramy stojąc, dusząc się w atmosferze setek oddechów. Mniej szczęśliwi goście okupują korytarz i klatkę schodową. Nic nie zobaczą, mało co usłyszą. Nikt nie odpuszcza - każdy chce powiedzieć dziecku, jak świetnie wypadło w swojej roli.

Po kwadransie miśki kończą występ, a scenę zajmują lalki. Ledwie opuszczam aparat, a przed moimi oczami pojawia się inny wyświetlacz. - Pani mi powie, czy obejmuję dzieci - słyszę za sobą cienki głosik. – Chciałam wnuczkowi zrobić zdjęcie.


Niedźwiedzie pląsy.



Później, jak obyczaj każe: uścisk, prezent i tradycyjna fotka z mikołajem.



poniedziałek, 31 października 2011

Halloweeeeeen !

Plany wytyczały prostą ścieżkę wiodącą ku sukcesowi przedsięwzięcia. Babcia J. ze stosownym wyprzedzeniem zamówiła dynię u zaprzyjaźnionego sprzedawcy warzyw. – Pan Zbyszek stwierdził, że wie, o co chodzi. Powiedział, że poszuka największej. Dynia będzie do odebrania w sobotę – oświadczyła Babcia po powrocie z zakupów.
W sobotę udałam się po odbiór zamówienia. – Mam ją.– oświadczył pan Zbyszek z dumą. - Specjalnie dla pani wybierałem, na pewno słodziutka. Nada się na wszystko - na marynatę i na zacierki.
Zacierki ???
Wierzę, że pan Z. zna się na rzeczy. Szkoda tylko, że babcia J. nie zaznaczyła , że chodzi o dynię dekoracyjną, a nie spożywczą. Dynia była rzeczywiście ogromnych rozmiarów, nie mniej była to NAJPASKUDNIEJSZA dynia jaką  w życiu widziałam. Na pewno w dzieciństwie przeszła ospę, u progu dojrzewania dorzucił się do tego trądzik młodzieńczy, a dzieła dopełniło kilka szarych liszajów po bokach. Jakby tego było mało, na jednym z boków nakreślono wielgachne „13 kg” grubym niebieskim pisakiem.
 – I co teraz? – pytanie skierowałam bardziej do siebie, niż do sprzedawcy.
 – Pani powie, gdzie autko stoi, to zaniosę, odparł pogodnie pan Z. - Należy się złotych polskich ….

Poniżej tegoroczna cucurbita w całej okazałości.
Na uwagę zasługuje rysunek autorstwa P., który w założeniu stanowi instruktaż, jak powinnam wycinać poszczególne elementy dyńka. Niestety, projekt okazał się zbyt ambitny w stosunku do możliwości wykonawczyni, która nie specjalizuje się w cyzelowaniu miniatur.



Na wieczorne warsztaty rzeźbienia w dyni zaprosiliśmy Julkę z mamą. Dziewczyny poważnie potraktowały sprawę i w wigilię halloween pojawiły się u nas jako czarna wróżka i gnijąca panna młoda. P. wystąpił jako straszny pirat. A jego matka, która czas i energię zaangażowała w sprawę dyni, w ostatniej chwili zorganizował sobie strój á la Indiana Jones. Niezbyt się to wpisywało w klimat wieczoru, ale tradycji przebieranek stało się zadość. 

Dziewczyny przyniosły również małe dyniątko, z którym uporaliśmy się w 15 minut.  Potem mogliśmy zająć się naszym kostropatym potworem. Pokrzepiona szklaneczką czerwonego wina przystąpiłam do trepanacji dyni, która okazała się nader słusznym przeciwnikiem. Okazały nóż kuchenny w zetknięciu z twardym pancerzem złamał się już w czwartej minucie starcia. Należało zatem sięgnąć po bardziej wyrafinowane narzędzia i, jak rok wcześniej, skończyło się na piłce do metalu. Za to wydrążenie odbyło się szybko i bez niespodzianek – gruboskórna paskuda wnętrze miała miękkie i soczyste, a ja miałam w tym roku godnych pomocników.


*  *  *
Nim wzeszła pierwsza gwiazda, na kuchennym stole zabłysły oczy dwóch strasznych dyńków. 


*  *  *
Dziś, jak każdego roku, przyjechał do nas brat Babci J.  Spędziliśmy wspólnie miły wieczór. A zza drzwi balkonowych dyniek zazdrośnie łypał na nas czerwonym okiem.

niedziela, 18 września 2011

Summertime… Christmastime… Co tu ukrywać, czas ostatnio szybciej płynie

Mamy taką nową świecką tradycję, że w piątkowe wieczory wozimy babcię J. do zaprzyjaźnionej fryzjerki. W pół godziny Babcia poprawia sobie samopoczucie świeżymi ploteczkami i nową fryzurą, a ja i P. w tym czasie spacerujemy po uliczkach, przy których stoją ogródkach przedwojenne drewniane domki. Spacerujemy i rozmawiamy. P. zaczął wreszcie zdawać relacje z przedszkola. Więc chłonę, kto i za co zaliczył karne krzesełko. Kto wymyśla najśmieszniejsze brzydkie słowa. Dla której koleżanki  w tym tygodniu żywiej bije serce P. Pachnie wczesnojesiennym dymem. Sielanka. Przynajmniej dopóki wieczory w miarę ciepłe.

Po spacerku zgarniamy Babcię i po drodze do domu robimy zakupy w lokalnym dyskoncie. Babcia dostojnie popycha wyładowany wózek, a ja miotam się próbując namierzyć P., który pojawia się i znika  pomiędzy regałami.
Wczoraj jakimś cudem zakupy przebiegały spokojniej niż zwykle i korzystając z okazji, że udało nam się wszystkim spotkać przy stoisku ze słodyczami zagadnęłam:
  - Mamo, a może kupimy sobie stollen do kawy? P., ty też chętnie zjesz prawda? Babcia J. niedowierzającym spojrzeniem omiotła półki uginające się od czekoladowych mikołajów, pierników i marcepanków. Bożonarodzeniowe dekoracje pod koniec lata, choćby tylko kalendarzowego, szokują. – Stollen we wrześniu? Chcesz jeść stollen we wrześniu?!  Szaleństwo! To jest jakiś grzech naturalny … Nie wiem, co to jest grzech naturalny. Myślę, że Babcia J., jako osoba niewierząca  również nie wie. Ale na stollen nie dała się namówić. Nie szkodzi. Na razie rzucili Butter- Mandel -Stollen. Poczekam, bo wolę klasyczne.
Za to kupiliśmy sobie pierniki norymberskie. Po 6,99 opakowanie. Wprawdzie w tej cenie to pewnie bardziej coś z norymberszczyzny, niż z Norymbergi, ale we wrześniu smakują równie dobrze, jak po 26 listopada.
 

poniedziałek, 3 stycznia 2011

w charakterze osoby towarzyszącej

Rok 2010 przywitalam we własnym domu. Okazało się, że jestem juz w tym wieku, kiedy naprawdę nie jest to złe rozwiązanie. 
Ale po roku posuchy, nadszedł rok obfitości. Mogłam wybierać, czy wolę spędzić Sylwestra u X, czy może lepiej bawić się w towarzystwie Y.
P. również otrzymał zaproszenie na sylwestra.
Od uroczej Zosi M.
Najzupełniej niezależnie ode mnie.
Zaproszenie oczywiście zostało przyjęte.
Coś szybko te dzieci dojrzewają. Ale przecież nie puszczę czterolatka samego na imprezę!
Tak oto 31 grudnia, kilka godzin po zapadnięciu zmroku, udaliśmy się w nieznane.
W naprawdę NIEZNANE. Siedziba uroczej Zosi znajduje się dobre kilka kilometrów za miastem. Gospodarze byli jednak wyjątkowo mało wymowni, gdy chodziło o opis drogi DO. Aż zaczęłam wątpić w szczerość zaproszenia. – No, normalnie ulicą K. wyjeżdżasz z miasta. I jedziesz prosto. Potem skręcasz w drogę na P.  I jedziesz prosto.
Kto nigdy nie zgubił się szukając wsi, której nie ma na mapach, ten nie zrozumie moich obaw. I niech pierwszy rzuci kamieniem.
Wszelkie obawy okazały sie płonne. 40 kilometrów drogi rzeczywiście rozkładało się na dwa odcinki: prosto, w prawo i znowu prosto. Na miejscu Zosia M., promienna i wyspana, na równi z rodzicami pełniła honory domu, starając sie na wszelkie możliwe sposoby wciągnąć P. do wspólnej zabawy.
 - Piotrusiu, czy mogę Ci zaproponować partyjkę piotrusia? – spytała, ledwo rozłożyliśmy się z całym dobytkiem.
Młodzież zasiadła do karcianego stolika, dorośli  zlegli przy większym stole. Godziny mijały, a we mnie rosła niezbita pewność, że syn zafundował mi jednen z lepszych sylwestrów w moim życiu.
Zosia z wdziekiem rozdawała karty i proponowała dolewkę Piccolo. Potem cierpliwie wysłuchała wykładu P. o zaletach bycia stegozaurem i nawet próbowała zadawać pytania w rzadkich chwilach, gdy P. dopuszczał ją do głosu.
(Synu, czym sobie na nią zasłużyłeś?!)
Potem była zabawa w dom lalkami Zosi. Niestety, godzina była już późna, toteż P. jako mąż, z każdą chwilą stawał się coraz bardziej marudny i wybuchowy. Zabawę zakończył godzinę przed północą, zasypiając zmorzony płaczem. Tymczasem żona Zofia, spuszczona z mężowskiego oka, pokazała na co ją stać i przetańczyła calą noc na bosaka piżamie mokrej od Piccolo. O czwartej nad ranem owinięta serpentynami padła na materacu obok P., a już o dziewiątej rano pomagała mamie nakrywać do śniadania.
Żeby nie było wątpliwości: Zosia jest rówieśnicą P.

Wszystkiego najlepszego w Nowym Roku !