niedziela, 22 lutego 2009

Sankt Moritz



Ostatnio dużą popularnością cieszą się produkty należące do kategorii "domowe spa" - substytuty dla zapracowanych/ niezamożnych/ domatorów/ ...?
Powyżej i poniżej zdjęcia osoby, która skorzystała z podobnej oferty - P. dał się przyłapać w "przydomowym St.Moritz".



P.S. Obecnie trwają intensywne prace nad stworzeniem równie atrakcyjnej oferty letniej pod roboczą nazwą "osiedlowy Mauritius" (czy jakoś tak podobnie).

sobota, 21 lutego 2009

pieczone gołąbki

Dawno temu, kiedy P. był kilkumiesięcznym oseskiem, przemknęło mi przez myśl, czy P. zastanawia się, skąd pochodzą używane przez niego dobra?
Czy wie, skąd bierze się pożywienie i ubranie?
Może, według P., taki jest właśnie porządek tego świata, że butelki z mlekiem przybywają z kuchni, ubranka wyjmuje się z szafy, a pieluszki z szuflady pod łożkiem?
Czy też, może chociaż przeczuwa, że ubranka mama musi uprać i wyprasować, obiadek ugotować, a pieluchy kupuje się w Tesco za jedyne 39,99 /jeśli  akurat jest promocja/. 
Minęły dwa lata  i wydawałoby się, że w tzw. międzyczasie P. miał okazję dowiedzieć się tego i owego, a nawet oswoić z nowo nabytą wiedzą.
Wydawałoby się. Ale pewności nie było.

Toteż, gdy wczoraj wieczorem P. wmaszerował do łazienki celem odbycia kąpieli, podniósł głowę i spojrzał na galerię świeżo wypranych śliniaków raczej nie podziewałam się gwałtownego wybuch wdzieczności za poniesiony trud.
Nie mniej, uprzejme „O, mamusia uprała!” byłoby jak najbardziej na miejscu.
Ale nie.
P. objął spojrzeniem dyndające pod sufitem całe 18 sztuk swojej garderoby i skonstatował:
 - Ach, więc to tu rosną śliniaczki !


niedziela, 15 lutego 2009

po raz pierwszy

Przydarzyło mi się to po raz pierwszy w życiu.
Owszem, wcześniej zadrzały się, że tak powiem (i nie chcę tu urazić nikogo), namiastki.
Kiedyś ktoś podrzucił mi na biurko w pracy.
Na studiach, kilka razy, wsunięto mi coś do torebki.
Odkąd mam skrzynkę mailową, zwykle i tam coś się pojawiało.
Ale w tym roku, w tym roku proszę Państwa, w piątek trzynastego, listonosz przyniósł mi prawdziwą walentynkę.
Kartkę w czerwonej kopercie. Nadaną w urzędzie pocztowym i ofrankowaną.
Anonimową, oczywiście.
Ucieszyłam się jak dziecko – bo takiej jeszcze nigdy nie dostałam.
Naprawdę, wszystkim życzę takiej radości. Ba, choć w połowie takiej radości
/zupełnie na marginesie - Babcia Jedyna odebrała mi połowę przyjemności otwierając kopertę i zaglądając do środka. Tłumaczenia, iż spodziewała się, że to korespondencja urzędowa, brzmią pokrętnie i mało wiarygodnie/.