Nie lubię początku roku. Niektórzy czynią stalowe postanowienia noworoczne, w telewizji wmawiają, że guma do żucia może być substytutem papierosa (jak mi kiedyś dokładnie wytłumaczono, używanie tej gumy do prawdziwego uzależnienia od nikotyny), a każda napotkana w kontekście jedzenia osoba tłumaczy się, że nie, nie może, tego nie może – bo się odchudzam - rozumiesz – święta były, a teraz od nowego roku…
Nic nie rzucam, nie odchudzam się, nie będę chodzić na siłownię, basen, jogę (ewentualnie, mogę dwa razy w tygodniu robić manicure proszę nie pytać, jak często robiłam dotychczas). Nie będę dokładać sobie stresu, kosztem 120 minut mojego wolnego czasu w tygodniu.
Mam pracę, w której szybko się starzeję.
Mieszkam z małym synkiem i jego babcią.
Trzydzieści lat skończyłam w połowie obecnej dekady.
Mam prawo być zmęczona.
Nie zrobiłam żadnych postanowień. Nie chciało mi się.
Natomiast chce mi się jeszcze chcieć:
■ nowej pracy
■ wyższej płacy
■ nowej garderoby
■ dziecka korzystającego z nocnika■ wyrobić pisemne potwierdzenie znajomości zagranicznego języka■ pisać bloga
w tej właśnie kolejności. A co.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz