piątek, 2 listopada 2012

Mamo, przecież to najlepsze jesienne święto!

Jak wiadomo, najnowsze i najbardziej sprawdzone newsy znajdziesz u fryzjera. Ja dowiedziałam się, gdzie sprzedają gałki oczne - jadalne, choć niewyszukane w smaku. Ot, zwykłe żelki. Za to wyglądają jak prawdziwe, droga pani!
Zatopiona w pouczającej konwersacji pozwoliłam wyciąć sobie połowę fryzury. Skutek pierwszy: mam najkrótsze włosy od ćwierć wieku, nikt mnie nie poznaje i mogę bez szkody dla reputacji dopuszczać się gorszących czynów. Skutek drugi: nabyłam trzy paczki oczu, które następnie posłużyły do wyrobu oczy-wistych babeczek – przeboju halloweenowej imprezy.

Goście w tym roku zaprosili się sami. Najpierw zadzwoniła koleżanka matka i owijając w grubą bawełnę przedstawiła prostą sprawę, iż marzeniem jej córki jest spędzić z nami ten właśnie wieczór. P., ucieszony perspektywą wspólnej zabawy z Julką, następnego ranka pochwalił się imprezą pierwszej napotkanej w przedszkolnej szatni koleżance. Rozochocona koleżanka oświadczyła, że chętnie się przyłączy, co żywo potwierdziła jej matka również obecna przy zmianie obuwia na przedszkolne. Cóż, każdemu przyda się wolny wieczór.

Dziewczyny dały z siebie wszystko i przybyły stosownie przebrane i w pełnym makijażu. Niechętny w tym roku przebierankom, P. zadowolił się tiarą z przydziału (made In china, a jakże!) oraz własnoręcznym pokiereszowaniu twarzy przy użyciu czarnego ołówka firmy bourjois.
Program imprezy nawiązywał do obrzędów święta: były tańce i zabawa klockami lego. Tylko niżej podpisana wykazała zainteresowanie podtrzymaniem tradycji i własnoręcznie wykonała strasznego dyńka. Albo nabrałam rutyny, albo to nieoceniony wpływ toruńskiego grzańca ufundowanego przez koleżankę matkę. Dość, że tegoroczny dyniek powstał w rekordowym czasie i przy niewielkim nakładzie sił. Odczuwam lekki niedosyt i w przyszłym roku przerzucam się na produkcję seryjną.
   Mamo, znów ci wyszedł wesoły, a nie straszny! – skwitował sprawę P.

W tym roku po raz pierwszy młodzież wypuściła się z domu po zmroku. Szantażowanie zostało wprawdzie ograniczone do najbliższego sąsiedztwa w obrębie klatki schodowej, ale biorąc pod uwagę pozyskane łupy w przyszłości mogą być trudności z utrzymaniem dyscypliny i krąg ofiar szantażu nieletnich znacznie się poszerzy.

*   *   *

   Synku, czy koleżanka dobrze się u nas bawiła? – pytam P. dziś po południu w drodze z przedszkola.
   Myślę, że tak, mamo. Zaraz rano rzuciła się na mnie, przewróciła i, wyobraź sobie, chciała całować! – P. nie kryje niesmaku.

To stawia pod znakiem zapytania listę gości na przyszłoroczną imprezę.
Chyba, że przez rok P. zmieni zdanie i uzna, że takie następstwa halloween są mu jak najbardziej miłe.

*   *   *

Wszystkich Świętych to dla nas najbardziej gościnne święta w roku. Mieszkanie w pobliżu cmentarza zobowiązuje do podejmowania kawą i ciastem i tym, czym akurat dysponujemy, wszystkich przemarzniętych krewnych i znajomych.
W tym roku dyniek wita gości. Póki co, zamieszkał w przedpokoju.



wtorek, 30 października 2012

Nie czytałam bloga Chustki regularnie. Nie mogłam. Zbyt wiele ewentualnych podobieństw.
P. jest młodszy od Jasia tylko o rok. Gdyby mnie zabrakło znalazłby się w takiej samej sytuacji. Z jednej strony ojciec, który nie podołałby codziennej egzystencji z nieletnim synem. Z drugiej, moi coraz starsi rodzice. Są jeszcze drudzy dziadkowie, ale z wielu względów nie mogliby się zająć P. Ojciec P. zabrałby go do siebie dla zasady, a jak by się to skończyło dla mojego synka wolę teraz nie myśleć.
Problem związany z singlowym rodzicielstwem. Od urodzenia P. czasem nawiedza mnie myśl co by było gdyby… Choć przecież różnie się w życiu układa. Nawet we wzorowych układach 2+n, gdy zabraknie jednego, drugi z rodziców może nie podołać. Zawsze jednak jest jakaś ciągłość, chociaż własny kąt, znajome otoczenie. I ta druga, bliska osoba nie tylko z nazwy, ale bliska w codzienności, wspólnocie przeżyć i w żałobie. Ale o tym wszystkim pisała już Chustka i to o wiele lepiej ode mnie.

Nie czytałam bloga Chustki regularnie, ale zaglądałam czasem do Niej i porażała mnie Jej dzielność. Nie sądzę, abym potrafiła wykazać się podobną siłą charakteru.

W pokoju obok P. skacze podśpiewując piosenkę z kreskówki: Niech każdy dzień wciąż zachwyca Cię….

Każdy dzień.

wtorek, 16 października 2012

nieśmiertelny, szaro-żółty październik


W taki sposób dzień zaczyna się tylko w horrorach, dla podtrzymania nastroju po nocy pełniej wrażeń. Słońce białe i zimne jak księżyc w pełni. A przy gruncie mglisto, jak na Baker Street w czasach świetności.
Szaro-żółty świat.



Jeśli rankiem czas pozwala sfotografować najbardziej ponury w tym stuleciu wschód słońca, to znaczy, że siedzimy w domu i mozolnie dochodzimy do zdrowia.


sobota, 6 października 2012

po balu, tzn. po kinderbalu

Wieczorem ulewa aż miło, Prawdziwego deszczu nie było ponad miesiąc.
Do tego wichura, że łeb chce urwać.
Jak przypomniała Pierwsza, kiedy wieje wiatr, przylatuje Mary Poppins…
Mogła by nas obrać sobie za cel. Jestem gotowa uwić jej lądowisko na dachu… Już widzę siebie, jak w strugach deszczu, w ciemnościach, z kapturem spadającym na oczy maluję wodoodporną farbą wielkie H.
Mary przybywaj! Czekam na Ciebie!
Nie, żeby w ostatnim czasie było gorzej, niż zwykle. Właśnie jest zwykle. Zwyczajnie – czyli dobrze, prawda?
Ale zwyczajność też potrafi.. No, właśnie.
Tfuuu!!!
Przez lewe ramię.
Żeby nie powiedzieć w złą godzinę!

* * *
Dziś zaliczyliśmy kinderbal. P. został zaproszony na urodziny byłego kolegi przedszkolnego. Byłego, bo we wrześniu kolega poszedł do pierwszej klasy, a z P widują się już tylko w szkole muzycznej.
Nie poznaję syna. W zeszłym roku takie imprezy P. przyjmował bez cienia entuzjazmu. Ot, obowiązek, który trzeba wypełnić. Jak codzienne wizyty w przedszkolu. Nie chciałby iść, ale skoro trzeba… Za to dziś - od rana w euforii. Szykował się cały dzień. Już na miejscu P. bawił się przeważnie sam, ale też on i jeszcze jedna dziewczynka byli jedynymi przedszkolakami w towarzystwie. Pozostali goście to koledzy z nowej szkoły. Panie animatorki zrobiły dzieciom kilka konkursów, P. z własnej woli wziął w jednym udział i przyszedł pochwalić się, że zdobył skarb. Nadal jestem pod wrażeniem.

* * *
W kąciku dla rodziców mama koleżanki przedszkolnej opowiadała o codziennej gonitwie. Niby zwyczajny tydzień, a bieg z przeszkodami. Każda minuta wypełniona, nic się nie zmarnowało. – Ale dziś, jak wrócimy do domu i córka pójdzie spać, chyba wreszcie usiądę, nawet coś obejrzę, może nawet piwo wypiję. Męża nie ma w domu, mam wolny wieczór… - rozmarzyła się.

Godzinę później, jako grzeczni goście pomogliśmy posprzątać i zanieść prezenty do samochodu. Matka jubilata jeszcze oszołomiona, ale już wyraźnie odprężona, że się udało, odbyło, że ma już za sobą. Podziękowaliśmy za zaproszenie. – Najbardziej się cieszę, ze teraz odpocznę. Przezornie, podczas zakupów na imprezę, kupiłam sobie nawet piwo. Pomyślałam, że tego mi będzie trzeba wieczorem. Wreszcie usiądę, wypiję to  piwo i poczuję, że życie wraca – zwierzyła się ładując torby do bagażnika.

W domu, kiedy podekscytowany P. zasnął, wyjęłam puszkę redd’sa. Ja też kupiłam przezornie jeszcze w piątek, myśląc o tym, że kiedy wrócimy z kinderbalu, zjemy kolację, pozmywam, wykąpię i uśpię P., kiedy wreszcie usiądę…

czwartek, 20 września 2012

poniedziałek, 10 września 2012

szczęśliwi w promieniach zachodzącego słońca


Jakiś czas temu P. otrzymał w prezencie szkielet kolejnego dinozaura. Nie pamiętam niestety, kim był ofiarodawca, choć winien wyryć mi się pilnikiem w zwojach pamięci. Bo kto dziecku, mieszkającemu bloku, w mieszkaniu współzasiedlonym przez babcię pedantkę, ofiarowuje szkielet zatopiony w pokaźnej bryle  gipsu?
P. oczywiście chciał zabrać się do wydobycia skamieniałości już-teraz -natychmiast. I długo trzeba było tłumaczyć, że odkuwanie szkieletu z gipsowego podłoża w warunkach domowych, a konkretnie w kuchni babci J. absolutnie nie wchodzi w rachubę. W drodze wielostopniowych negocjacji ustaliliśmy, że wydobycie nastąpi w miesiącach letnich, w plenerze, co niewątpliwie nada wydobyciu cechy autentycznego znaleziska, a przy okazji pozwoli na zachowanie kruchego pokoju panującego w naszym domostwie.

Słowo się rzekło, a lato dobiega ku końcowi. W niedzielne popołudnie P. zdjął z półki pudełko z dinozaurem i zarządził - Idziemy!

 - Mamo, a może nikomu nie powiemy, że my go tu przynieśliśmy? Będziemy udawać, że on tu leżał i leżał i my go dopiero odkryliśmy?
Nie ma sprawy. Oczywiście, tak zrobimy. Kończę zagrzebywać w piasku gipsową cegłę i wyjmuję z torby aparat.
- Nieee!!! Mamo!!! Nie rób zdjęć!!! – P. zasłania rękami siebie, sobą strategiczny kawałek piaskownicy, a najchętniej cały świat.
 - Ale odkrycie musi być udokumentowane. Kto nam uwierzy, że znaleźliśmy dinozaura akurat w tej piaskownicy?
Po krótkim namyśle P. niechętnie wyraża zgodę na fotki. – Ale mi nie rób zdjęć, tylko dinozaurowi.  – A po chwili nieśmiało dodaje - Może wyślesz je do gazety? Przecież o takim odkryciu trzeba napisać w gazecie, prawda?

Synku, nie wiem, jak wyjdzie z prasą, ale w internecie będzie o tym na pewno.


    Znalezisko od początku budziło duże zainteresowanie.

 

 
  
 

 

Bardzo mozolne zajęcie. Nawet wspomagając się niezupełnie fachowym narzędziem – metalowym śrubokrętem – P. drążył w skale ponad dwie godziny. Na margiesie można dodać, że zestaw zawierał delikatne plastikowe dłuto(?), którego zastosowanie zgodnie z instrukcją wydłużyłoby zabawę do trzech króli.

Częściowy urobek.


Kiedy wszystkie skamieniałości zostały wydobyte, przeliczone i starannie zabezpieczone w mojej torebce, P. postanowił nieco rozprostować kości po, było nie było, cieżkiej pracy.






* * *
-         Mamo, przecież dinozaury nie żyły w archaiku, a tu tylko wulkany i wulkany… Co one by jadły, gdyby tak było w kredzie?
Do zestawu dołączono połączony z widoczkiem kartonowy podest, umożliwiający stosowną ekspozycję wydłubanych szczątków. Teraz nasz dinozaur, a raczej to co z niego zostało po obróbce śrubokrętem, odpoczywa na tle zachodzącego słońca.



poniedziałek, 7 maja 2012

Jak Warszawa to, w maju....























...gdy kwitą bzy. Bzy nie zakwitły, ale za to kasztany pokazały klasę i zdążyły na czas. Snując sie po Starym Mieście co rusz natrafialiśmy na grupy czarno-biało przyodzianej młodzieży. Dzięki bystremu umysłowi początkowo brałam ich za mormonów, ale mijając jakąś dwudziestą grupę radosnych nastolatków podzieliłam się spostrzeżeniem z koleżanką matką, która była uprzejma oświecić mnie, że właśnie rozpoczęły się matury. Akurat w długoweekendowy piątek!

P. jest dzielnym wędrowcem i dobrym towarzyszem w podróży. Spisał się również tym razem - bez słowa skargi przedreptał trasę z Centralnego na Stare Miasto i z powrotem. To znaczy narzekał, ale nie na upał, czy długą wędrówkę, ale na brak stosownej rozrywki. Po opuszczeniu muzeum poszliśmy na stare miasto. Obejrzeliśmy zamek królewski, pospacerowaliśmy uliczkami. Trasa podręcznikowa: Krakowskie Przedmieście, Plac Zamkowy, Świętojańska, Rynek Starego Miasta, Barbakan, obiad na Podwalu. Niestety, nie licząc straganów na Rynku, P. nie znalazł nic godnego uwagi i coraz głośniej domagał się miejsca, w którym mógłby się pobawić – najlepiej parku z placem zabaw. Od początku zwiedzania było jasne, że dla P. trochę za wcześniej na taką wyprawę. Z powodzeniem mogliśmy  rozpocząć i zakończyć wycieczkę na tarbozaurach. Wiem, że są dzieci w wieku P., które zaliczają nie takie trasy, ale P. do nich zdecydowanie nie należy. Na szczęście byliśmy w szerszym gronie, więc na dylematy „próbować coś zobaczyć, czy dać sobie spokój” nie było miejsca. Ogromny dystans dzieli sześciolatka i dziesięciolatkę. Julka brykała razem z P., ale to nie przeszkadzało jej dopytywać o to i owo. Były też miejsca, które koniecznie chciała zobaczyć – dłuższą chwilę zatrzymała nas pod Pałacem Prezydenckim pełna nadziei, że dane jej będzie, w którymś z okien, ujrzeć...

Odbywszy półgodzinną wartę pod Pałacem, definitywnie zakończyliśmy zaliczanie zestawu obowiązkowego i skierowaliśmy się na zachód w stronę Ogrodu Saskiego. Decyzja została podjęta nie tylko pod wpływem P., który nie mógł opanować entuzjazmu na widok większej ilości zieleni. Dzień wcześniej zaufałyśmy prognozom pogody i teraz wraz z koleżanką matką rozpływałyśmy się pod ciężarem kurtek przeciwdeszczowych i plecaków pełnych parasolek i zapasowych sweterków. I tak oto stolica zrehabilitowała się w oczach P. dopiero późnym popołudniem, ujawniając w Ogrodzie Saskim całkiem pokaźny plac zabaw. Spędziliśmy tam bardzo miłą godzinę i zregenerowani, via Zachęta udaliśmy się do metra.

                                                                                                                                   

sobota, 5 maja 2012

Majówka z dinozaurami

Odkąd dinozaury powróciły do łask nosiłam się z myślą aby pokazać P. coś więcej niż gipsowe figury w dinoparkach. Niestety, najbliższy okazały brachiorazur jest w Berlinie, a wątpliwe, aby P. zadowolił się skromniejszymi szczątkami. Zwłaszcza po opowieściach wuja T., jakiego wspaniałego tyranozaura miał okazję podziwiać w Chicago.
Nie będę się chwalić, ze sama wymyśliłam. Podpowiedź znalazłam TU.

Przy okazji będzie sposobność, żeby pokazać P. kawałek stolicy. Wprawdzie P. był już raz w Warszawie (z ojcem składał wizytę dalszej rodzinie), jednak trasa zwiedzania ograniczyła się wówczas do przejazdu z dworca wschodniego do Rembertowa.

Na wycieczkę dały się zaprosić Julka z koleżanką matką. Stanęło, że jedziemy w piątek, bo 1) muzeum ewolucji też korzystało z długiego weekendu do czwartku włącznie, 2) w piątek przypadał MÓJ dzień wolny, 3) cała Polska wyjechała na majówkę, więc i my zróbmy sobie choć jednodniową wycieczkę…
Nie trzeba też wyjaśniać, że P., w chwili, w której dowiedział się, że w Polsce są kości Tarbozaura – tak, prawdziwe;  tak, b y ć   m o ż e  można je pomacać – miał już spakowany plecak i był gotowy odbyć pielgrzymkę pieszą do przybytku dinozaurów.

W celu zwielokrotnienia atrakcji pojechaliśmy pociągiem.
Młodzi pasażerowie, wbrew przewidywaniom, zachowywali się nader godnie – oddawali się lekturze i chrupali chrupki.

Personel Muzeum ewolucji, jak przystało na przybytek wiedzy, okazał się wolny od przesądów. Na pytanie, czy przysługuje nam bilet rodzinny, miła pani szybko przeliczyła naszą grupę i bez wahania odpowiedział a – Oczywiście, dwie osoby dorosłe i dwoje dzieci. Potraktujemy panie, jak małżeństwo holenderskie.
I tak, z koleżanką małżonką i przychówkiem rozpoczęliśmy zwiedzanie.

Muzeum nie jest duże, ale posiada kilka rarytasów. My przyjechaliśmy dla tarbozaura. Na miejscu okazało się, że są dwa zrekonstruowane szkielety. Mały i duży. Mały, a raczej młody tarbozaur też jest oczywiście duży
Tarbozaur – azjatycki tyranozaur.

I jego młodszy kolega.
Z większych okazów jest również zauropod, którego nazwy niestety nie pamiętam. Podobno odnaleziony na terenie Polski. W żaden sposób nie chciał zmieścić się w całości w obiektywie. 

Perła w koronie – łapy deinocheira, tajemniczego dinozaura, z którego pozostały tylko te łapska i na ich podstawie został opisany. Czuję się jakbym znała go  osobiście – w końcu codziennie czytamy z P. budującą opowiastkę, jak stado deinocheirów zjadło mamę mamenchizaura. Straszną tę historię chętni znajdą tutaj. W rozdziale Obrona malucha. Deinocheir znaczy straszny pazur.

Parazaurolof – przykład eleganckiej dekoracji ściennej.

                                 Perła kolekcji według muzeum. Już nie łuska, jeszcze nie pióro. W jakże godnej oprawie.

Oprócz dinozaurów znaleźliśmy kilka innych wystaw tematycznych, między innymi o pochodzeniu człowieka. Kto chce sobie zrobić zdjęcie z bardzo ładnie odtworzoną australopiteczką musi stanąć pod tablicą z napisem „wskrzeszenie Lucy”. Ot, taki muzealny dowcip.

Lucy i jej reinkarnacja.

Muzeum ma wiele do zaoferowania, ale ekspozycja pozostawia niedosyt. Przede wszystkim brakuje przestrzeni – ogon zauropoda ginie w sąsiedniej sali, głowa ukryta jest na filarem. Niskie sufity sal przytłaczają eksponaty i wielkie dinozaury tracą na tym najwięcej. Gdyby ktoś chciał ufundować w Warszawie kolejne muzeum to tutaj naprawdę można się wykazać. Zbiory pochodzą z wykopalisk polskich paleontologów z lat 60-tych, podczas których odkryto wiele nowych gatunków - zatem są tu „pierwsze egzemplarze” najbardziej znanych dinozaurów np. gallimima (przy dziecku wyraźnie podciągnęłam się choć z dinozaurów).

Przy wyjściu natknęliśmy się na plakat reklamujący Muzeum Geologiczne – przedstawiał rekonstrukcję  wielkiego szkieletu mamuta. I już mamy pomysł na następną wycieczkę.

sobota, 7 kwietnia 2012

Wielkanocnie

W tym roku P. samotnie podtrzymywał tradycję pisankowania, bo, czy to z powodu niekończącego się sprzątania po remoncie, czy niedawnej choroby, z niczym zdążyć nie mogłam. I nikt już nie odgadnie za jaką przyczyną, czy to z dotkliwej samotności podczas malowania, czy też tenże pisak był najwygodniejszy, dość, że zamiast w radosnych barwach wiosennych mamy pisanki z przewagą koloru czarnego. Motywy rysunków konsekwentnie wpisują się  w styl noir – np. na jednym tyranozaur konsumuje kolegę innego gatunku. Nie kontestuję doboru tematyki, mało prawdopodobne, aby podniosła komuś ciśnienie przy wielkanocnym stole. P. rysuje śmiałą kreską, kto nie wie, ten i tak się nie zorientuje, co wymalował. Poświęcimy dinozaury, które nadal zajmują poczesne miejsce w naszym życiu. Nie takie rzeczy już święcono.


A skoro koszyczek już przygotowany, pozostaje tylko życzyć wszystkim:

Wesołych Świąt!

 


P.s. Okazało się, że idąc do święcenia dobrze jest poświecić sobie latarką.

poniedziałek, 9 stycznia 2012

Intryga losu

W jednej z powieści Jonathana Carolla główny bohater w dzieciństwie sporządza listę potraw, których nienawidzi. Wiele lat później zostaje zaproszony na kolację, podczas której serwują wyłącznie potrawy wymienione w powyższym spisie. Po jakimś czasie okazuje się, że nie był to jedynie pechowy zbieg okoliczności, lecz część przemyślnej intrygi uknutej przeciwko głównemu bohaterowi. Nie wiem, kto knuje przeciwko nam, ale na zwykłą ironię losu to nie wygląda. Zbyt wyrafinowane.

W grudniu w mojej pracy powzięto zamiar zorganizowania wycieczki do Warszawy. W niedzielę, po Święcie Trzech Króli. Zmęczona przygotowaniami do Świąt i zwyżką obowiązków w pracy jakoś się do pomysłu nie zapaliłam. Marzyły mi się spokój i odpoczynek w ciepłym domu, a wycieczka w środku zimy, w towarzystwie nieletniego, nijak się w te marzenia nie wpisywała. Nawet wizyta w Centrum Kopernika z pominięciem dwuletniego oczekiwania na bilet wstępu nie była w stanie mnie zachęcić. Przypomniałam sobie bytność P. w miejscowym eksperymentarium i uznałam, że jest jeszcze zbyt mały, aby skorzystać z takiej instytucji. A znudzony P., to P. marudny. Czym więcej nad sprawą się zastanawiałam, tym więcej przeszkód wymyślałam. Ot, chociażby fakt, że w instytucjach zbiorowego żywienia P. jest w stanie przełknąć jedynie gotowane ziemniaki. Ziemniaki, którymi oczywiście się nie naje. Czy już wspomniałam, że głodny P., to P. marudny? A co jeśli ziemniaków nie będą serwować? Kanapki na drogę tez nie wchodzą w rachubę, gdyż P. (jak  wiele dzieci w bliższej i dalszej rodzinie) cierpi na zaawansowaną kanapkofobię. Spożywa za to suchy chleb zakąszając, jakże by inaczej, zielonym ogórkiem. I jak tu wytłumaczyć współuczestnikom zakładowej wycieczki, dlaczego biedne dziecko tylko o suchym chlebie...

Minęły Święta. Jakaś regeneracja sił musiała nastąpić, bo jakbym nabrała ochoty na tę wycieczkę. Niestety, lista uczestników już dawno zamknięta. A tu brak pomysłu na zagospodarowanie przedłużonego weekendu. Ostatecznie zdecydowaliśmy się zobaczyć co słychać w szopce pod katedrą. Wyprawę trudno uznać za udaną, choć odbyliśmy ją w miłym towarzystwie koleżanki P. Lodowaty wiatr wdzierał się pod kurtki, zwierzątek stanowiących zwykle główną atrakcję, jak na lekarstwo. Faunę reprezentowały jedynie wynędzniały osiołek oraz kilka kudłatych owieczek. I tak, w niedalekiej przyszłości, P. może zgłaszać jakże słuszne pretensje, że za moją przyczyną nie zobaczył ani stolicy, ani nie zwiedził Centrum Kopernika.
 
Dziś rano zapytałam o wrażenia koleżankę, która wybrała się do stolicy z dwoma synami. – Ach, żałuj! Żałuj! – wypaliła zaindagowana. – W Koperniku dzieciaki naprawdę świetnie się bawiły. Nie sposób zaliczyć wszystkich atrakcji, każdy mógł znaleźć coś dla siebie. Długo tam zabawiliśmy... Na obiad poszliśmy do jakiegoś baru. Pora już był późna, więc z dań obiadowych zostały już właściwie tylko ziemniaki... Potem spacer po starym mieście. Istna bajka! Śnieg padał wielkim płatami, wszystko zasypane, a w bieli odbijało się światło latarni i świątecznych dekoracji... Na Placu Zamkowym był jeszcze jarmark świąteczny. Mieli tam fantastyczny wiejski chleb. Wszyscy sobie kupili po bochenku... I dobrze, że sprzedawali ten chleb... Nadzwyczaj smaczny (mówię ci, prawdziwy wiejski!), bo rozumiesz, że po ziemniakach wszyscy głodni... No więc jak wracaliśmy, w autokarze wszyscy wcinali ten suchy chleb... Ale wycieczka bardzo udana! Żałuj... Żałuj, że nie pojechaliście!
 
********************************************************************************
 
             Szopka anno 2012.
 
 
 
           A na zewnątrz tylko zwierzęta zimnolubne (?)
 
 
 
            
             Zmarzluchy:-)