Zgodna rodzina, którą nie jesteśmy spędza weekendy na wspólnych spacerach.
Nie jesteśmy, ale czasem się staramy. Ojciec P. zawiózł nas w niedzielę do lasu. P. oszołomiony wrażeniami i nadmiarem nie-miejskiego powietrza po godzinie wędrówki przeszedł w stan agresywnego zmęczenia. Straszne jest życie prawie-że dwulatka.
- Na nóóóóżżkiiii…!!! – zawodził P. szlochając. Ale małe nóżki odmawiały posłuszeństwa. Kolanka same się uginały. Postawiony na twardym gruncie P. natychmiast się przewracał. Ale przecież chcieć, to móc – więc z rąk się wyrywał, w wózku też nie sposób było go umieścić.
I tak maszerowaliśmy przez las płosząc zwierzynę.
Nie jesteśmy, ale czasem się staramy. Ojciec P. zawiózł nas w niedzielę do lasu. P. oszołomiony wrażeniami i nadmiarem nie-miejskiego powietrza po godzinie wędrówki przeszedł w stan agresywnego zmęczenia. Straszne jest życie prawie-że dwulatka.
- Na nóóóóżżkiiii…!!! – zawodził P. szlochając. Ale małe nóżki odmawiały posłuszeństwa. Kolanka same się uginały. Postawiony na twardym gruncie P. natychmiast się przewracał. Ale przecież chcieć, to móc – więc z rąk się wyrywał, w wózku też nie sposób było go umieścić.
I tak maszerowaliśmy przez las płosząc zwierzynę.
Ale zanim nastąpiła eksplozja P. dowiedział się, że skóra drzewa nazywa się kora. Teraz z lubością przypomina sobie to słowo kilka razy dziennie.
Żyłka dendrologa wymusiła dłuższy postój już przy pierwszym napotkanym drzewie.










