W piątek, wyniku wizyty u fryzjera P. znacznie stracił na urodzie, choć w założeniu miał zyskać.
Gdyż w sobotę miał udzielać się towarzysko w szerszym gronie.
Matka P. postanowiła uczcić połowę mijającej kolejnej dekady życia i postanowiła zafundować sobie przyjęcie urodzinowe.
Nasz dom, choć gościnny, nie jest przesadnie imprezowy. Taktyka podtrzymywania stosunków towarzyskich i rodzinnych w wykonaniu Babci Jedynej polega na podejmowaniu gości pojedynczo, ewnentualnie w parach. Troje, według Babci, to już tłum.
Sobotnią imprezę, w ocenie gości i gospodyni, należy zaliczyć do udanych. Natomiast w ocenie P. było to oszałamiające wydarzenie, godne jak najszybszego powtórzenia. Najpewniej dlatego, że drugie takie w jego życiu, przy czym pierwszej imprezy zdaje się nie pamiętać…
Pierwsze zdanie, które obecnie wygłasza P. po przebudzeniu brzmi: „Bendom goście?!”
Weekend rozpoczęliśmy w piątkowe popołudnie mocnym uderzeniem. Wizyta u fryzjera. Jako biograf P. muszę odnotować, że to już czwarta w jego dwudziestomiesięcznym życiu. I była to już wizyta naprawdę konieczna, bo P. zarasta w tempie oszałamiającym.
Epizod I.
Już na wstępie rzuciłam losowi wyzwanie decydując sie na fryzjera, u którego zaliczyliśmy ostatnie podstrzyżyny. Na szczęście nas nie pamiętano. No to teraz się przypomnieliśmy i już raczej o nas nie zapomną.
P. włączył syrenę już w progu. Onieśmielona reakcją klienta młoda fryzjerka zgodziła się „spróbować zacząć”, jak tylko skończy czesać zajmującą fotel klientkę. Ja obiecałam, że zrobię wszystko, aby syn spróbował wreszcie zakończyć wstępną histerię. Tu mała dygresja: P. panicznie boi się szumu suszarki do włosów. Jeśli decyduję się umyć włosy w domu, mogę je wysuszyć w najdalszym zakamarku apartamentu babci J., pod warunkiem, że P. śpi. W innym wypadku P. uderza w rozpaczliwy lament i babcia ,w ramach prób ukojenia, musi przekonywać, że suszarka mnie nie atakuje, robię to z własnej woli z uśmiechem na ustach, a cała sytuacja nie stanowi bezpośredniego zagrożenia dla mojego życia. W tym stanie rzeczy liczyłam, że zakończenie modelowania na szczotkę samo w sobie uspokoi zszargane nerwy P. i będzie można rozpocząć obróbkę jego włosków w atmosferze względnego spokoju. Nic bardziej mylnego. Pod wpływem stresu u P. nastąpiły jakieś tajemnicze przepięcia i chwilowe wyłączenia szumów wywoływały efekt przeciwny – wycie tak przybierało na sile, że oczekujące w kolejce klientki zaczęły jak na komendę opróżniać torebki [naprawdę!] wręczając małemu długopisy, klamerki i pędzelki, a nawet naklejki ze zwierzątkami. P. odpowiadał rozdzierającym „Niieee! Nie!” przerywanym bardzo przytomnym „Dzikuje!”, ale do łapki nic nie wziął. Żeby nie było, ja też nie próżnowałam, obchodziłam z nim cały salon, zwracając uwagę na każdy nadający sie do odwrócenia uwagi element. Nieomylny instynkt matki zaprowadził mnie w końcu do umywalek, gdzie okazało się, że syn pozytywnie reaguje na zjawisko wody wypływającej z kranu. I tak przez pół godziny. Aż doczekaliśmy na swoją kolej.
A potem wypadki potoczyły się błyskawicznie. Po pierwszym cięciu, siedzący na moich kolanach, P. wygiął się w łuk i rozdarł tak przeokropnie, że zadzwoniły szyby i popękały lustra. Nie dam rady szepnęła młoda fryzjerka [odczytałam to z ruchu jej warg, P. zagłuszał wszystko]. Rozumiejąc powagę sytuacji, wstałam z fotela i wtedy zobaczyłam, że wokół zebrał się spory tłumek gapiów złożony z kosmetyczek, panienek z solarium i ich klientek. Szybko ubrałam dziecko i przedarłam się do wyjścia przez komentujące zajście zgromadzenie. Pewnie byliśmy już daleko, gdy dotarło do nich, że nie wystawiono nam rachunku za wodę.
Epizod II.
Nie będę ukrywać, że przeszkody wzmocniły tylko moją determinację. Dlatego zamiast wrócić do domu, skierowaliśmy kroki do innego, dość odległego ”salonu”. Tzn. ja skierowałam, a wyczerpany P. złożył bezwładnie swoje 12 kg na moim ramieniu. Dlatego, kiedy w połowie drogi wypatrzyłam napis „damsko-męski”, wstąpiłam do nieznanego zakładu bez chwili wahania. W ogromnym lokalu, nie było klientów, a czas zatrzymał się chyba w końcu lat 60-tych ubiegłego wieku. Wtedy też po raz ostatni wymieniono personel i zapewne wtedy opuścił lokal ostatni klient. Leciwa fryzjerka, niezrażona opuchniętą od płaczu buzią P., a zachęcona wizją zarobku, z marszu zgodziła się wykonać zadanie. Wyciągnęła krótką deskę i umieściła ją na poręczach najbliższego fotela.
- Proszsz.. Pani sadza dziecko.
Pani jednak już wyobrażała sobie, jak usadowiony na prowizorycznej ławeczce P. wygina się w łuk, oddaje długi skok, po którym następuje lądowanie z hukiem i wrzaskiem oraz potencjalnymi obrażeniami …
- A może syn usiądzie na moich kolanach? On jest chyba za mały, żeby sam tak wysoko siedział?
- Proszę panią, ale ja muszę mieć dostęp! Jakieś warunki do pracy!
Ostatecznie P. zasiadł na moich kolanach, przywarł kurczowo do mnie całym ciałem i włączył syrenę. A fryzjerka przystąpiła do cięcia. Nerwy zaczęły jej puszczać na etapie grzywki, przy drugim boku już wyraźnie spanikowała. Poddała się przed ukończeniem tyłu.
- Pani przyjdzie na poprawkę jutro, jak dziecko trochę ochłonie – powiedziała ocierając pot z czoła.
- Dzikuje! Do domku! Dzikuje! – P. zrozumiał, że to już koniec udręki i w jednej sekundzie wyłączył syrenę i przeszedł na tryb zwykły.
- Proszę panią – druga fryzjerka podniosła głowę znad gazety – to dziecko nie nadaje sie do strzyżenia. Dziecko trzeba oswajać powoli, przygotować do wizyty, a nie, że przyjść z ulicy i już!
Na nic moje wyjaśnienia, że u fryzjera odwiedzamy co dwa miesiące i wprawdzie zawsze jest trudno, ale jeszcze nigdy nie było AŻ TAK. Po prawdzie, za pierwszym razem wszystko odbyło sie spokojnie. Za drugim P. uciekł przed końcem zabiegu, ale dzielny fryzjer dogonił go i namówił do powrotu na fotel. Podczas trzecich podstrzyżyn P. wytrzymał 40 sekund zanim włączył alarm, a potem już tylko systematycznie podkręcał głośność. Czy kobiecie, której trzęsły się ręce i drżała dolna warga mogłam wypomnieć, że dziecko z każdego boku ma włosy obcięte inaczej? Że grzywka, a raczej jej brak, zaczyna się i kończy na linii włosów? Że nie wsponę o tyle, którego raczej nie przyjdziemy poprawić…
W ramach rekompensaty pani fryzjerka policzyła sobie jak za balejaż z pięciu kolorów i puściła nas wolno.
- Mój łysolek! – zakwiliła w progu Babcia Jedyna na widok powracającego wnuczka.
- Dzikuje! Chlip, chlip… Dzikuje! – mimo utulania przez całą drogę powrotną i omawiania czekających w domu atrakcji P. najwyraźniej jeszcze nie doszedł do siebie.
- A dlaczego masz takie zapuchnięte oczka? Płakałeś wnusiu? Dlaczego płakałeś? Coś cię bolało?
- Bolało…- P. z przekonaniem kiwa głową.
- Ale co bolało?! - Babcia przenosi wzrok na wyrodną matkę i przypala jej rzęsy ogniem spojrzenia.
- Bolało… Bolało… - P. zamaszystym ruchem rozsypuje kredki, aby przelać niedawną traumę na papier.
- Ale, kochanie, – Babcia nie daje za wygraną – co cię zabolało u fryzjera?
Po dłuższej chwili, nie podnosząc głowy znad rysunku, P. zdołał wydusić z siebie odpowiedź:
- Paluszek…
…
…