poniedziałek, 10 września 2012

szczęśliwi w promieniach zachodzącego słońca


Jakiś czas temu P. otrzymał w prezencie szkielet kolejnego dinozaura. Nie pamiętam niestety, kim był ofiarodawca, choć winien wyryć mi się pilnikiem w zwojach pamięci. Bo kto dziecku, mieszkającemu bloku, w mieszkaniu współzasiedlonym przez babcię pedantkę, ofiarowuje szkielet zatopiony w pokaźnej bryle  gipsu?
P. oczywiście chciał zabrać się do wydobycia skamieniałości już-teraz -natychmiast. I długo trzeba było tłumaczyć, że odkuwanie szkieletu z gipsowego podłoża w warunkach domowych, a konkretnie w kuchni babci J. absolutnie nie wchodzi w rachubę. W drodze wielostopniowych negocjacji ustaliliśmy, że wydobycie nastąpi w miesiącach letnich, w plenerze, co niewątpliwie nada wydobyciu cechy autentycznego znaleziska, a przy okazji pozwoli na zachowanie kruchego pokoju panującego w naszym domostwie.

Słowo się rzekło, a lato dobiega ku końcowi. W niedzielne popołudnie P. zdjął z półki pudełko z dinozaurem i zarządził - Idziemy!

 - Mamo, a może nikomu nie powiemy, że my go tu przynieśliśmy? Będziemy udawać, że on tu leżał i leżał i my go dopiero odkryliśmy?
Nie ma sprawy. Oczywiście, tak zrobimy. Kończę zagrzebywać w piasku gipsową cegłę i wyjmuję z torby aparat.
- Nieee!!! Mamo!!! Nie rób zdjęć!!! – P. zasłania rękami siebie, sobą strategiczny kawałek piaskownicy, a najchętniej cały świat.
 - Ale odkrycie musi być udokumentowane. Kto nam uwierzy, że znaleźliśmy dinozaura akurat w tej piaskownicy?
Po krótkim namyśle P. niechętnie wyraża zgodę na fotki. – Ale mi nie rób zdjęć, tylko dinozaurowi.  – A po chwili nieśmiało dodaje - Może wyślesz je do gazety? Przecież o takim odkryciu trzeba napisać w gazecie, prawda?

Synku, nie wiem, jak wyjdzie z prasą, ale w internecie będzie o tym na pewno.


    Znalezisko od początku budziło duże zainteresowanie.

 

 
  
 

 

Bardzo mozolne zajęcie. Nawet wspomagając się niezupełnie fachowym narzędziem – metalowym śrubokrętem – P. drążył w skale ponad dwie godziny. Na margiesie można dodać, że zestaw zawierał delikatne plastikowe dłuto(?), którego zastosowanie zgodnie z instrukcją wydłużyłoby zabawę do trzech króli.

Częściowy urobek.


Kiedy wszystkie skamieniałości zostały wydobyte, przeliczone i starannie zabezpieczone w mojej torebce, P. postanowił nieco rozprostować kości po, było nie było, cieżkiej pracy.






* * *
-         Mamo, przecież dinozaury nie żyły w archaiku, a tu tylko wulkany i wulkany… Co one by jadły, gdyby tak było w kredzie?
Do zestawu dołączono połączony z widoczkiem kartonowy podest, umożliwiający stosowną ekspozycję wydłubanych szczątków. Teraz nasz dinozaur, a raczej to co z niego zostało po obróbce śrubokrętem, odpoczywa na tle zachodzącego słońca.



Brak komentarzy:

Prześlij komentarz