W jednej z powieści Jonathana Carolla główny bohater w
dzieciństwie sporządza listę potraw, których nienawidzi. Wiele lat później
zostaje zaproszony na kolację, podczas której serwują wyłącznie potrawy
wymienione w powyższym spisie. Po jakimś czasie okazuje się, że nie był to
jedynie pechowy zbieg okoliczności, lecz część przemyślnej intrygi uknutej
przeciwko głównemu bohaterowi. Nie wiem, kto knuje przeciwko nam, ale na zwykłą
ironię losu to nie wygląda. Zbyt wyrafinowane.
W grudniu w mojej pracy powzięto zamiar zorganizowania wycieczki do Warszawy. W niedzielę, po Święcie Trzech Króli. Zmęczona przygotowaniami do Świąt i zwyżką obowiązków w pracy jakoś się do pomysłu nie zapaliłam. Marzyły mi się spokój i odpoczynek w ciepłym domu, a wycieczka w środku zimy, w towarzystwie nieletniego, nijak się w te marzenia nie wpisywała. Nawet wizyta w Centrum Kopernika z pominięciem dwuletniego oczekiwania na bilet wstępu nie była w stanie mnie zachęcić. Przypomniałam sobie bytność P. w miejscowym eksperymentarium i uznałam, że jest jeszcze zbyt mały, aby skorzystać z takiej instytucji. A znudzony P., to P. marudny. Czym więcej nad sprawą się zastanawiałam, tym więcej przeszkód wymyślałam. Ot, chociażby fakt, że w instytucjach zbiorowego żywienia P. jest w stanie przełknąć jedynie gotowane ziemniaki. Ziemniaki, którymi oczywiście się nie naje. Czy już wspomniałam, że głodny P., to P. marudny? A co jeśli ziemniaków nie będą serwować? Kanapki na drogę tez nie wchodzą w rachubę, gdyż P. (jak wiele dzieci w bliższej i dalszej rodzinie) cierpi na zaawansowaną kanapkofobię. Spożywa za to suchy chleb zakąszając, jakże by inaczej, zielonym ogórkiem. I jak tu wytłumaczyć współuczestnikom zakładowej wycieczki, dlaczego biedne dziecko tylko o suchym chlebie...
Minęły Święta. Jakaś regeneracja sił musiała nastąpić, bo jakbym nabrała ochoty na tę wycieczkę. Niestety, lista uczestników już dawno zamknięta. A tu brak pomysłu na zagospodarowanie przedłużonego weekendu. Ostatecznie zdecydowaliśmy się zobaczyć co słychać w szopce pod katedrą. Wyprawę trudno uznać za udaną, choć odbyliśmy ją w miłym towarzystwie koleżanki P. Lodowaty wiatr wdzierał się pod kurtki, zwierzątek stanowiących zwykle główną atrakcję, jak na lekarstwo. Faunę reprezentowały jedynie wynędzniały osiołek oraz kilka kudłatych owieczek. I tak, w niedalekiej przyszłości, P. może zgłaszać jakże słuszne pretensje, że za moją przyczyną nie zobaczył ani stolicy, ani nie zwiedził Centrum Kopernika.
Dziś rano
zapytałam o wrażenia koleżankę, która wybrała się do stolicy z dwoma synami. –
Ach, żałuj! Żałuj! – wypaliła zaindagowana. – W Koperniku dzieciaki naprawdę
świetnie się bawiły. Nie sposób zaliczyć wszystkich atrakcji, każdy mógł
znaleźć coś dla siebie. Długo tam zabawiliśmy... Na obiad poszliśmy do jakiegoś
baru. Pora już był późna, więc z dań obiadowych zostały już właściwie tylko
ziemniaki... Potem spacer po starym mieście. Istna bajka! Śnieg padał wielkim
płatami, wszystko zasypane, a w bieli odbijało się światło latarni i
świątecznych dekoracji... Na Placu Zamkowym był jeszcze jarmark świąteczny.
Mieli tam fantastyczny wiejski chleb. Wszyscy sobie kupili po bochenku... I
dobrze, że sprzedawali ten chleb... Nadzwyczaj smaczny (mówię ci, prawdziwy
wiejski!), bo rozumiesz, że po ziemniakach wszyscy głodni... No więc jak
wracaliśmy, w autokarze wszyscy wcinali ten suchy chleb... Ale wycieczka bardzo
udana! Żałuj... Żałuj, że nie pojechaliście!
********************************************************************************
Szopka anno 2012.

A na zewnątrz tylko zwierzęta zimnolubne (?)
Zmarzluchy:-)



Brak komentarzy:
Prześlij komentarz