...gdy kwitą bzy. Bzy nie zakwitły, ale za to kasztany pokazały klasę i zdążyły na czas. Snując sie po Starym Mieście co rusz natrafialiśmy na grupy czarno-biało przyodzianej młodzieży. Dzięki bystremu umysłowi początkowo brałam ich za mormonów, ale mijając jakąś dwudziestą grupę radosnych nastolatków podzieliłam się spostrzeżeniem z koleżanką matką, która była uprzejma oświecić mnie, że właśnie rozpoczęły się matury. Akurat w długoweekendowy piątek!
P. jest dzielnym wędrowcem i dobrym towarzyszem w podróży. Spisał się również tym razem - bez słowa skargi przedreptał trasę z Centralnego na Stare Miasto i z powrotem. To znaczy narzekał, ale nie na upał, czy długą wędrówkę, ale na brak stosownej rozrywki. Po opuszczeniu muzeum poszliśmy na stare miasto. Obejrzeliśmy zamek królewski, pospacerowaliśmy uliczkami. Trasa podręcznikowa: Krakowskie Przedmieście, Plac Zamkowy, Świętojańska, Rynek Starego Miasta, Barbakan, obiad na Podwalu. Niestety, nie licząc straganów na Rynku, P. nie znalazł nic godnego uwagi i coraz głośniej domagał się miejsca, w którym mógłby się pobawić – najlepiej parku z placem zabaw. Od początku zwiedzania było jasne, że dla P. trochę za wcześniej na taką wyprawę. Z powodzeniem mogliśmy rozpocząć i zakończyć wycieczkę na tarbozaurach. Wiem, że są dzieci w wieku P., które zaliczają nie takie trasy, ale P. do nich zdecydowanie nie należy. Na szczęście byliśmy w szerszym gronie, więc na dylematy „próbować coś zobaczyć, czy dać sobie spokój” nie było miejsca. Ogromny dystans dzieli sześciolatka i dziesięciolatkę. Julka brykała razem z P., ale to nie przeszkadzało jej dopytywać o to i owo. Były też miejsca, które koniecznie chciała zobaczyć – dłuższą chwilę zatrzymała nas pod Pałacem Prezydenckim pełna nadziei, że dane jej będzie, w którymś z okien, ujrzeć...
Odbywszy półgodzinną wartę pod Pałacem, definitywnie zakończyliśmy zaliczanie zestawu obowiązkowego i skierowaliśmy się na zachód w stronę Ogrodu Saskiego. Decyzja została podjęta nie tylko pod wpływem P., który nie mógł opanować entuzjazmu na widok większej ilości zieleni. Dzień wcześniej zaufałyśmy prognozom pogody i teraz wraz z koleżanką matką rozpływałyśmy się pod ciężarem kurtek przeciwdeszczowych i plecaków pełnych parasolek i zapasowych sweterków. I tak oto stolica zrehabilitowała się w oczach P. dopiero późnym popołudniem, ujawniając w Ogrodzie Saskim całkiem pokaźny plac zabaw. Spędziliśmy tam bardzo miłą godzinę i zregenerowani, via Zachęta udaliśmy się do metra.


Brak komentarzy:
Prześlij komentarz