sobota, 5 maja 2012

Majówka z dinozaurami

Odkąd dinozaury powróciły do łask nosiłam się z myślą aby pokazać P. coś więcej niż gipsowe figury w dinoparkach. Niestety, najbliższy okazały brachiorazur jest w Berlinie, a wątpliwe, aby P. zadowolił się skromniejszymi szczątkami. Zwłaszcza po opowieściach wuja T., jakiego wspaniałego tyranozaura miał okazję podziwiać w Chicago.
Nie będę się chwalić, ze sama wymyśliłam. Podpowiedź znalazłam TU.

Przy okazji będzie sposobność, żeby pokazać P. kawałek stolicy. Wprawdzie P. był już raz w Warszawie (z ojcem składał wizytę dalszej rodzinie), jednak trasa zwiedzania ograniczyła się wówczas do przejazdu z dworca wschodniego do Rembertowa.

Na wycieczkę dały się zaprosić Julka z koleżanką matką. Stanęło, że jedziemy w piątek, bo 1) muzeum ewolucji też korzystało z długiego weekendu do czwartku włącznie, 2) w piątek przypadał MÓJ dzień wolny, 3) cała Polska wyjechała na majówkę, więc i my zróbmy sobie choć jednodniową wycieczkę…
Nie trzeba też wyjaśniać, że P., w chwili, w której dowiedział się, że w Polsce są kości Tarbozaura – tak, prawdziwe;  tak, b y ć   m o ż e  można je pomacać – miał już spakowany plecak i był gotowy odbyć pielgrzymkę pieszą do przybytku dinozaurów.

W celu zwielokrotnienia atrakcji pojechaliśmy pociągiem.
Młodzi pasażerowie, wbrew przewidywaniom, zachowywali się nader godnie – oddawali się lekturze i chrupali chrupki.

Personel Muzeum ewolucji, jak przystało na przybytek wiedzy, okazał się wolny od przesądów. Na pytanie, czy przysługuje nam bilet rodzinny, miła pani szybko przeliczyła naszą grupę i bez wahania odpowiedział a – Oczywiście, dwie osoby dorosłe i dwoje dzieci. Potraktujemy panie, jak małżeństwo holenderskie.
I tak, z koleżanką małżonką i przychówkiem rozpoczęliśmy zwiedzanie.

Muzeum nie jest duże, ale posiada kilka rarytasów. My przyjechaliśmy dla tarbozaura. Na miejscu okazało się, że są dwa zrekonstruowane szkielety. Mały i duży. Mały, a raczej młody tarbozaur też jest oczywiście duży
Tarbozaur – azjatycki tyranozaur.

I jego młodszy kolega.
Z większych okazów jest również zauropod, którego nazwy niestety nie pamiętam. Podobno odnaleziony na terenie Polski. W żaden sposób nie chciał zmieścić się w całości w obiektywie. 

Perła w koronie – łapy deinocheira, tajemniczego dinozaura, z którego pozostały tylko te łapska i na ich podstawie został opisany. Czuję się jakbym znała go  osobiście – w końcu codziennie czytamy z P. budującą opowiastkę, jak stado deinocheirów zjadło mamę mamenchizaura. Straszną tę historię chętni znajdą tutaj. W rozdziale Obrona malucha. Deinocheir znaczy straszny pazur.

Parazaurolof – przykład eleganckiej dekoracji ściennej.

                                 Perła kolekcji według muzeum. Już nie łuska, jeszcze nie pióro. W jakże godnej oprawie.

Oprócz dinozaurów znaleźliśmy kilka innych wystaw tematycznych, między innymi o pochodzeniu człowieka. Kto chce sobie zrobić zdjęcie z bardzo ładnie odtworzoną australopiteczką musi stanąć pod tablicą z napisem „wskrzeszenie Lucy”. Ot, taki muzealny dowcip.

Lucy i jej reinkarnacja.

Muzeum ma wiele do zaoferowania, ale ekspozycja pozostawia niedosyt. Przede wszystkim brakuje przestrzeni – ogon zauropoda ginie w sąsiedniej sali, głowa ukryta jest na filarem. Niskie sufity sal przytłaczają eksponaty i wielkie dinozaury tracą na tym najwięcej. Gdyby ktoś chciał ufundować w Warszawie kolejne muzeum to tutaj naprawdę można się wykazać. Zbiory pochodzą z wykopalisk polskich paleontologów z lat 60-tych, podczas których odkryto wiele nowych gatunków - zatem są tu „pierwsze egzemplarze” najbardziej znanych dinozaurów np. gallimima (przy dziecku wyraźnie podciągnęłam się choć z dinozaurów).

Przy wyjściu natknęliśmy się na plakat reklamujący Muzeum Geologiczne – przedstawiał rekonstrukcję  wielkiego szkieletu mamuta. I już mamy pomysł na następną wycieczkę.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz