niedziela, 15 lutego 2009

po raz pierwszy

Przydarzyło mi się to po raz pierwszy w życiu.
Owszem, wcześniej zadrzały się, że tak powiem (i nie chcę tu urazić nikogo), namiastki.
Kiedyś ktoś podrzucił mi na biurko w pracy.
Na studiach, kilka razy, wsunięto mi coś do torebki.
Odkąd mam skrzynkę mailową, zwykle i tam coś się pojawiało.
Ale w tym roku, w tym roku proszę Państwa, w piątek trzynastego, listonosz przyniósł mi prawdziwą walentynkę.
Kartkę w czerwonej kopercie. Nadaną w urzędzie pocztowym i ofrankowaną.
Anonimową, oczywiście.
Ucieszyłam się jak dziecko – bo takiej jeszcze nigdy nie dostałam.
Naprawdę, wszystkim życzę takiej radości. Ba, choć w połowie takiej radości
/zupełnie na marginesie - Babcia Jedyna odebrała mi połowę przyjemności otwierając kopertę i zaglądając do środka. Tłumaczenia, iż spodziewała się, że to korespondencja urzędowa, brzmią pokrętnie i mało wiarygodnie/.



Brak komentarzy:

Prześlij komentarz